Rozmowa z Akiko Miwą, właścicielką pensjonatu w Harklowej


Pani Akiko, skąd się tu Pani wzięła?

Przechodziłam tędy i pomyślałam, że chciałabym tu zamieszkać.

Ot, tak po prostu? Chyba niewielu Japończyków spaceruje po Harklowej?

No, teraz to już niekiedy całkiem wielu, ale ja byłam pierwsza. Szukałam nowego miejsca do życia i przez przypadek trafiłam tutaj.

A czemu postanowiła Pani opuścić Japonię?

Wolałabym o tym nie opowiadać. Musiałam. Mój znajomy studiował w Polsce i bardzo chwalił ten kraj oraz ludzi. To on namówił mnie abym przyjechała tutaj. Nigdy tu wcześniej nie byłam, ale dużo czytałam o Polsce, o Oświęcimiu, Janie Pawle II, Solidarności, Chopinie. Po raz pierwszy przyleciałam do Warszawy w roku 1989.

Już z zamiarem osiedlenia się nad Dunajcem?

Jeszcze nie, wtedy chciałam tylko studiować szkło artystyczne na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Najpierw jednak musiałam przez rok uczyć się języka polskiego w Instytucie Badań Polonijnych, na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pewnego dnia przyjaciółka zaprosiła mnie na wycieczkę w Gorce, dużo spacerowałyśmy razem, aż przyszłam tutaj i postanowiłam, że zostaję. Była zima: piękna, mroźna, śnieżna i słoneczna.

Czy stał już tu wtedy jakiś dom?

Nie, nic tu nie było. Tylko polana i las dookoła, trzy kilometry ponad Harklową. Przez rok szukałam właścicieli tego terenu. W końcu ich znalazłam i kupiłam tę działkę. Powiedzieli mi, że jest budowlana i bez trudu postawię tu dom, ale to była nieprawda. Miałam dużo kłopotów z uzyskaniem pozwolenia na budowę, bo to jest otulina parku narodowego. Sama budowa też do łatwych nie należała. Zamówiłam projekt, u architekta - Polaka, który znał język japoński, strasznie dużo błędów było w tym projekcie, majster powiedział, że tak kiepskiego planu, to w życiu nie widział. Dach nie wytrzymałby ciężaru śniegu - bo tyle go tutaj spada, za to fundamenty były takie grube jak w schronie. A ile namęczyliśmy się, przy transporcie materiałów! Tu nie było wtedy żadnej drogi, tylko wąwóz, którym ściągano drewno - koniem, czasem traktorem. Poszerzyłam cały dojazd, lecz gęste morze błota płynęło tamtędy po deszczu, więc wysypałam na wierzch setki ton kamieni. I wciąż wysypuję, ale i tak można dojechać tu tylko samochodem terenowym.

A zimą? Skuterem śnieżnym?

Nie, też samochodem z łańcuchami.

Odśnieża Pani całą tę drogę?

Teraz już pomaga mi gmina i sołtys. To bardzo dobry człowiek.

Od razu pomyślała Pani o postawieniu pensjonatu?

Nie, na początku chciałam tu tylko mieszkać, ale trzeba zarabiać, by żyć. Postanowiłam, że otworzę pensjonat. W Nagano - moim rodzinnym mieście było ich całe mnóstwo!

Prowadziła Pani jeden z nich?

Nie, w Japonii myślałam, że nie lubię prac domowych: gotowanie, sprzątanie - to takie nudne! Zawsze tak myślałam! Ale okazało się, że dobrze mieć taki otwarty dom, przyjeżdżają tu do mnie sami mili goście.

I to od nich nauczyła się Pani tak znakomicie mówić po polsku?

Tak, tylko od nich, bo po pierwszym roku kursu w Instytucie, już na żadne lekcje nie chodziłam. A sam rok nauki to za mało.

Zamieszkała tu Pani sama?

Tylko na początku, a potem przyjechały do mnie dzieci i zostały w Harklowej. Nobu przez pięć lat codziennie schodziła na dół, na autobus do Nowego Targu. Tam uczyła się w liceum, najpierw jako wolny słuchacz, a później z wszystkimi. Najpierw nic nie rozumiała, a potem maturę zdała na pięć. Teraz mówi po polsku dużo lepiej niż ja. Nobu mieszka teraz w Gliwicach, a Ryo ma laboratorium protetyczne w Warszawie, oboje pobrali się z Polakami i mają już dzieci, jestem więc babcią. A najstarsza córka - Shino, mieszka w Japonii, ale wyszła za mąż za Japończyka, którego poznała w autobusie do Zakopanego...

Kiedy przyjęła Pani pierwszych gości?

Od razu, w roku 1993, gdy tylko skończyła się budowa. Pierwsza przyjechała tu koleżanka z Ambasady Japonii i jej znajomy Amerykanin, biznesmen. Potem opowiadali o mnie swoim znajomym, a znajomi mówili znajomym i tak się to zaczęło. Najpierw nie było tu telefonu, goście wysyłali do Harklowej telegramy. Listonosz do mnie nie przychodził, więc codziennie zjeżdżałam na dół, żeby sprawdzić czy coś nie przyszło. Otworzyłam pensjonat w październiku, a już w kwietniu ciągle tu ktoś przyjeżdżał. Wtedy nie było w pobliżu ani jednego takiego domu.

A teraz?

Teraz jest bardzo dużo, ale to albo hotele, albo agroturystyka - nie ma nic pośredniego, tylko moja Villa Akiko.

Czy poza Panią jakiś Japończyk prowadzi w Polsce swój pensjonat?

Nie, jestem jedyna.

A czy często odwiedzają Panią goście z Japonii?

O tak, bardzo często! Kilka lat temu była u mnie japońska telewizja, potem o Ariake napisano w japońskim przewodniku po Polsce. Prawie wszyscy mają ten przewodnik. Bardzo często przyjeżdżają do mnie pracownicy Ambasady Japonii oraz Japończycy, którzy pracują w Polsce. Przyjeżdżają do Harklowej, żeby poczuć się jak w domu, zjeść japoński posiłek, japońskie warzywa.

Skąd Pani ma japońskie warzywa?

Uprawiam je tutaj.

Ktoś Pani pomaga?

Tak, zatrudniam dwie osoby.

Ma Pani personel z Japonii?

Nie, stąd.

Czy bywa Pani czasem w Japonii?

O tak, jeżdżę tam raz w roku. Odwiedzam najstarszą córkę i wnuczkę.

A Polskę udało się Pani zwiedzić?

Byłam w Gdańsku - bardzo ładne Stare Miasto tam mają. Widziałam Olsztyn, Poznań, Malbork, Toruń, Kraków i Wrocław.

A Tatry?

Też. Po Tatrach też trochę chodziłam, ale najładniej jest tutaj. Tatry są zbyt wysokie, a w miastach jest za dużo ludzi.

Ma Pani swoje ulubione ścieżki po okolicy?

Tak, tu wyżej - na przykład na Koszary Harklowskie. Ostatnio byłam tam z japońskimi gośćmi na grzybach. Pierwszy raz w życiu zbierali grzyby, przynosili mi wszystkie, a ja wyrzucałam trujące, cieszyli się jak dzieci!

A zna się Pani na grzybach?

Dwadzieścia lat tu mieszkam, nauczyłam się. Najpierw chodziłam na grzyby z sąsiadami.

Jak mieszkańcy Harklowej zareagowali na Pani przybycie?

Bardzo uprzejmie, ale na początku strasznie ostrożnie. Najpierw nazywali mnie "królowa błota" - bo mnóstwo go płynęło na początku po mojej drodze i myśleli, że ucieknę stąd za rok albo dwa. Pierwsze lody przełamałam, gdy moi goście - chór z Japonii - zaśpiewali "Góralu, czy Ci nie żal?" i "Płynie Wisła, płynie". Potem nauczyłam dzieci z Harklowej japońskich pieśni "Sakura" i "Hurusato". A teraz jest już normalnie - znam wszystkich i wszyscy mnie znają. Zawsze pomagają mi gdy potrzebuję pomocy i ja im pomagam. Tutaj bardzo ważny jest kościół, wszyscy się w nim spotykają.

A Pani?

Czasem. Chodzę do kościoła w Boże Narodzenie i na Wielkanoc - z koszykiem, ale regularnie nie chodzę. Modlitwa to dla mnie rozmowa z sobą, a rozmawiać mogę wszędzie. A Bóg to oczy, które patrzą co robię, nawet gdy nikt nie patrzy.

Co proponuje Pani swoim gościom?

No, przede wszystkim powietrze, spacery i widoki. Każda pora roku jest tutaj ładna i każda pora dnia. Słońce wschodzi za Tatrami, potem oświetla Gorce i chowa się w Beskidach.

A coś dla zainteresowanych Japonią?

Bardzo dużo! Organizuję pokazy parzenia herbaty, układania kwiatów - czyli ikebany, ubierania kimono, kaligrafii, ceramiki, origami - czyli składania papieru. Pokazuję jak należy używać pałeczek i jak podaje się sake. Prowadzę zajęcia z japońskiej gimnastyki i karaoke, opowiadam o Japonii. Organizuję Święto Latawca i Święto Kwitnącej Wiśni. Współpracuję z sołtysem, wójtem, burmistrzem, starostą i wieloma innymi instytucjami. Założyłam Polsko Japońskie Stowarzyszenie na Rzecz Regeneracji Środowiska "Tęcza", z siedzibą w Harklowej i filią w Tokio.

Czym się zajmuje?

Na przykład uczymy w szkołach segregowania śmieci, ale to jest bardzo trudne.

Dlaczego? Dzieciom nie chce się grzebać w odpadkach?

Nie, dzieci potrafią bardzo ładnie wszystko posegregować, a potem przyjeżdża samochód i wszystkie worki wpadają do jednego pojemnika. To okropnie zniechęca.

I trudno się dziwić...

W tym roku dostaliśmy wolontariuszkę z Japonii, uczy dzieci japońskiego w Rabce i Nowym Targu. A za rok wysyłamy do Japonii dwoje uczniów, którym pan starosta ufundował stypendium.

A Święto Latawca? Święto Kwitnącej Wiśni? Organizuje je Pani tutaj? Ma Pani tu japońskie wiśnie?

Miałam dużo, ale moje polskie kozy zjadły mi wszystkie japońskie wiśnie. Strasznie im smakowały! Teraz mam tutaj tylko polskie wiśnie.

Mniej smaczne?

Mniej smaczne dla kóz, ale kwitną tak pięknie, jak japońskie. W tym roku na Święto Kwitnącej Wiśni zorganizowałam wystawę japońskiej grafiki w Nowym Targu, a dwóch artystów zaprosiłam do siebie, na warsztaty. Potem w Miejskim Ośrodku Kultury zespół z Japonii grał na bębenkach "wadaiko", a dzieci z Harklowej śpiewały japońskie piosenki. Nie zapomnieliśmy też o lokalnym folklorze, zaprosiłam Górali ze Spisza. Przyjechał Ambasador Japonii z żoną, bardzo im się podobało. Moja koleżanka pięknie grała na "koto" - czyli japońskiej cytrze. Był pokaz walki jujitsu i lekcja parzenia herbaty. Uczyłam dzieci dla niepełnosprawnych jak przygotować sushi, potem w małopolskim konkursie zajęły pierwsze miejsce!

A czym Święto Kwitnącej Wiśni w Harklowej przypomina to obchodzone w Japonii?

Wszystkim, bo to święto w Japonii też nie ma żadnego stałego przebiegu. Wiśnie kwitną tak krótko, że kiedy pojawią się kwiaty, to po prostu cieszymy się, bawimy, spotykamy ze znajomymi, przygotowujemy najlepsze potrawy, pijemy sake, tańczymy, śpiewamy.

A Święto Latawca?

W Japonii przypada pierwszego stycznia, ale na Podhalu organizujemy je w drugą sobotę października. Dzieci robią latawce, a gmina, miasto, powiat i prywatne firmy fundują nagrody dla najlepszej szkoły i za najlepszy latawiec.

Czyli jaki?

Najładniejszy, wykonany prawidłowo i taki, który lata najwyżej oraz najszybciej. W zeszłym roku dzieci z Dębna wypuściły latawiec z trzystu osiemdziesięciu rombów połączonych taśmą. A w tym roku dzieci z Harklowej zrobiły prawie siedemset!

Wszystkie według japońskich wzorów?

Niekoniecznie, bo przecież na całym świecie romby latają najlepiej. Zawsze przyjeżdża do nas sędzia z Polskiego Związku Sportów Latawcowych.

Pani też robi latawce?

O tak! W zeszłym roku uszyłam czarnego bociana, bo Harklowa słynie z bocianów. Na dole są białe, a kilka czarnych mieszka w lesie powyżej Ariake.

Co to znaczy Ariake?

To taka pora nocy, bardzo wczesny poranek, gdy powoli zaczyna robić się jasno, ale na niebie widać jeszcze księżyc.

Przedświt?

Tak, przedświt. Ariake to teraz oficjalna nazwa tego miejsca, adres Harklowa - Ariake1 mam nawet wpisany w dowodzie osobistym, a nazwa Ariake została oficjalnie umieszczona w rejestrze polskich nazw geograficznych. Harklowa po japońsku brzmi jak "wioska przychodząca wiosna", a ja urodziłam się nad Morzem Ariake, mieszkałam w dzielnicy Ariake, a teraz w polskim Ariake prowadzę gospodarstwo.

Chyba raczej pensjonat.

Pensjonat i gospodarstwo ekologiczne równocześnie. Mam atest Ekologiczny Rolnik 2005, bardzo trudno go otrzymać. Mam biologiczną oczyszczalnię ścieków. Stosuję tutaj japońską technikę rozkładania odpadów przy użyciu efektywnych mikroorganizmów, dzięki niej na przykład w kurniku w ogóle nie śmierdzi. Ale w Japonii wcale nie znałam tej metody, bo nie interesowałam się rolnictwem, dowiedziałam się o niej dopiero w Polsce, gdy zastanawiałam się jak bez chemii pozbywać się stąd ścieków. W Stowarzyszeniu "Tęcza" mam wykłady o tej technologii. Hoduję tutaj kozy, owce, kury i pstrągi. Mam psy i koty. Mam śliwki, wiśnie, japońskie warzywa i zioła - wszystko uprawiam bez chemii.

A jakie japońskie warzywa rosną u Pani?

"Shungiku" - wiosenne chryzantemy i "shiho" - czyli japońskie pokrzywy.

Kwiaty i chwasty?

Z tych chryzantem robimy doskonałą sałatkę i smażymy w cieście, a pokrzywy są aromatyczne, chrupiące, delikatne i w ogóle nie parzą. Musi Pan koniecznie spróbować! I Czytelnicy "n.p.m." też!


Jakub Terakowski


Powyższy wywiad został opublikowany w miesięczniku n.p.m. nr 12/2009



Strona główna