Jak trafiłeś do Chatki Na Lasku?

Przez siedemnaście lat pracowałem przy odwiertach naftowych, to bardzo specyficzny zawód - ciągle w ruchu, wciąż w terenie, dwa tygodnie na szybach, dwa wolne. Przyszła restrukturyzacja, zwolniono mnie. A ja nie nadawałem się już ani do żadnej innej pracy, ani do życia w mieście. Przyzwyczaiłem się do przestrzeni, do swobody, wizja mieszkania w bloku przerażała mnie.

Nie Ciebie jednego, ale to właśnie Ty jeden jesteś panem na Lasku. Dlaczego?

Klub Turystyki Narciarskiej z Zielonej Góry, gdzie wówczas mieszkałem dzierżawił chatkę w Beskidzie Małym. Pomagałem w prowadzeniu tego obiektu, bo cykl pracy wiertacza pozwalał mi na pełnienie wielodniowych dyżurów w górach. Trwało to kilkanaście lat, więc zdążyłem przez ten czas zdobyć nieco doświadczenia. I pewnie nadal jeździłbym w Beskid Mały, gdyby właściciel tamtej chatki nie zrezygnował z prolongowania nam umowy. Wtedy Jasiek Podczaszyński z Chatki Pod Potrójną powiedział mi, że Lasek jest “do wzięcia”.

Jak zareagowałeś?

Stwierdziłem, że owszem - mogę przyjść na Lasek, ale nie na kilka miesięcy, lecz przynajmniej na parę lat, aby zdążyć coś zrobić z tą ruiną, którą tu wtedy zastałem. Wprowadziłem się do Chatki osiem lat temu. Nikt tutaj przede mną nie mieszkał tak długo, zawsze było tak, że gdzieś tam na Śląsku “urzędował” kierownik, natomiast Lasek prowadzili dyżurni. A wiadomo jak szybko niszczy się dom, w którym nie ma gospodarza.

I co tu wtedy zastałeś? Co udało Ci się zmienić?

Co udało mi się zmienić? O to lepiej byłoby zapytać turystów.

Ale sami tu akurat jesteśmy...

Przejąłem chatkę w bardzo trudnym momencie, bo na początku zimy. Zostałem tu z dwoma taczkami opału, wciąż zamarzającą wodą w rurach i szparami w ścianach takimi, że tu - przy framudze okna - można było dłoń wysunąć na zewnątrz. Teraz budynek jest cały ocieplony, okna są podwójne i ciepłej wody nie brakuje. Efekt? Wtedy przyjeżdżało tu 300 osób rocznie, a teraz 3000.

Dziesięć razy więcej. Imponujące! Jak to zrobiłeś?

Nic wprost nie robiłem. Zaufałem tylko skuteczności reklamy szeptanej i nie zawiodłem się. Zamiast na wszystkie sposoby wmawiać ludziom, że tu jest miło, zadbałem tylko o to, aby rzeczywiście było tu miło, a wieść o tym już sama poszła w świat.

Chatka jednak nadal wygląda dość skromnie.

Bo wizualnie zmieniła się nieznacznie. W zeszłym roku cała chałupa stanęła na palach, a trzy z czterech ścian rozebrałem zupełnie. Potem na zewnątrz i do środka wróciły oryginalne deski, ale pomiędzy nimi znalazła się nowoczesna warstwa izolacyjna. Ciepło to podstawa, bo trudno o dobrą atmosferę w domu, którego mieszkańcy marzną. Opał na następną zimę przygotowuję gdy tylko zejdą śniegi - w marcu lub kwietniu.

Sam się tym wszystkim zajmujesz?

Sam. W dni powszednie poza sezonem mam na to dość czasu, chociaż czasu na bieżące prace nigdy nie ma tu za dużo.

Nigdy nikogo nie prosisz o pomoc?

Każdy kto chce może mi pomóc i wiele osób mnie wspiera, ale nikomu niczego nie narzucam. Najważniejsze, aby goście czuli się tu swobodnie. I zawsze mają pierwszeństwo - gdy chcą abym usiadł i z nimi porozmawiał, to siadam i rozmawiam, praca może poczekać. Gdybym zaczął ich lekceważyć, to szybko sam byłbym ignorowany. Nie traktuję ich jak klientów, wszyscy na Lasku są moimi znajomymi i vice versa.

A bardziej prozaicznie? Prowadzisz tu po prostu działalność gastronomiczną i noclegową, prawda?

Tylko noclegową. Nie wydaję posiłków. Każdy powinien mieć prowiant własny, przy czym kuchnia jest ogólnodostępna i samoobsługowa, a wszystko co w niej zostanie jest uważane za wspólne - dokładnie tak, jak w większości studenckich chatek.

Można tu zatem przespać się i przygotować sobie posiłek. Czy coś więcej?

Przede wszystkim pogadać. Nocne Polaków rozmowy wciąż trwają tutaj do świtu. Można też zagrać na gitarze, pośpiewać lub posłuchać innych. Prawie nie ma tu weekendu bez “śpiewograń”. Niemal co tydzień ktoś obchodzi tu urodziny lub imieniny. A czasem zdarzają się jeszcze poważniejsze okazje do spotkań. W ubiegłym roku miałem tutaj wesele, państwo młodzi poznali się osiem lat temu właśnie na Lasku i wciąż czują sentyment do tego miejsca. Zawsze w połowie grudnia zapraszam tu brać chatkową na Wigilię, przyjeżdżają tu wtedy turyści, którzy na Lasku bywali już czterdzieści lat temu. Część z nich zostaje ze mną na Święta i Nowy Rok. A Sylwester jest tutaj przebierany.

Przebierany?

Tak, bo dawniej oglądając fotografie z kolejnych zabaw sylwestrowych, nie mogliśmy zorientować się z jakich lat pochodzą te zdjęcia. Postanowiliśmy więc, że znakiem rozpoznawczym poszczególnych imprez będą odmiennie przebrania. Był tu już zatem Sylwester w kwiatki, w paski, był różowy i pod krawatem.

A ostatni?

Ostatni? To dopiero było wyzwanie! Strój miał nawiązywać do nazwiska, przezwiska lub pseudonimu. Straszyłem, że kto nic nie wymyśli, ten będzie musiał wystąpić tak, jak go Pan Bóg stworzył, więc na wszelki wypadek wszyscy wykazali się należytą inwencją... (śmiech). Mnie było najłatwiej, bo nazywany bywam “kudłatym”, więc nie musiałem się przebierać, wystarczyło, że się nie uczesałem... (śmiech). Co jeszcze? Naukowe Koła Studentów Geografii ze wszystkich polskich uczelni, przy których istnieją, od sześciu lat organizują tu Dętki, czyli Zimowe Mistrzostwa Polski w Zjeżdżaniu na Dętkach. W tym roku uczestniczyły w nich 102 osoby. Wyobrażasz sobie tu taki tłum?

No... Nie bardzo.

A jeszcze więcej ludzi było tutaj w zeszłym roku na Hawai Party. Znajomi przywieźli tu kilka ton piasku i wysypali na boisko, więc plaża była jak prawdziwa. Ja wyciągnąłem z drewutni plandekę, która została po weselu, wkopałem w ziemię i napełniłem wodą - tylko fal nam trochę brakowało. Koleżanka przywiozła fototapetę - trzy metry na pięć - palmy, ocean, piasek. Słońce mieliśmy własne, koszule w kwiaty też. Zabawa była przednia! Palmy stały tu potem jeszcze przez miesiąc, turyści robili sobie pod nimi zdjęcia, kadrując tak, aby lasu nie było widać i wysyłali znajomym MMS’y: pozdrowienia z Lasku!

Zauważyłem, że bardzo aktywne i liczne jest internetowe forum chatki. Aż 130 zarejestrowanych użytkowników.

Ludzie, którzy poznają się tutaj, często kontynuują znajomości także po zejściu w doliny, a ponieważ mieszkają w całej Polsce, więc sieć ułatwia im utrzymywanie kontaktów. W ten sposób społeczność chatki funkcjonuje także poza nią - na forum zawsze można spotkać bratnią duszę i umówić się na wspólny wyjazd, niekoniecznie tutaj. Sprawdza się więc jak widać moja najważniejsza zasada, że na Lasku nikt nie jest anonimowym klientem, lecz wszyscy mogą - o ile zechcą - zaprzyjaźnić się z wszystkimi.

Sielanka tak absolutna, że aż niemożliwa...

Sielanka kontrolowana. Lubię wiedzieć co w chałupie “piszczy” i dbam o przestrzeganie podstawowych reguł. Nie pozwalam imprezować po kątach - od tego jest świetlica, a tam, gdzie się śpi, tam ma być spokój. Nie akceptuję też przemocy. Nie potraficie się porozumieć, to przyjdźcie z tym do mnie, znajdziemy rozwiązanie. I nie tolerują narkotyków, za “prochy” eksmituję natychmiastowo. Poza tym już chyba niczym nie “terroryzuję” gości. No, jeszcze papierosy - pali się na zewnątrz - aby nie puścić chałupy z dymem. I to się chyba sprawdza, skoro goście wracają na Lasek.

A jaka jest historia Chatki?

W roku 1968 przechodził tędy rajd primaaprilisowy Wydziału Elektrycznego Politechniki Śląskiej. Zobaczyli pustą chałupę, ktoś zażartował, że warto byłoby ją zaanektować, ktoś inny zapomniał, że jest pierwszy kwietnia i pomysł potraktował poważnie... Udało się znaleźć gospodarza, podpisano z nim umowę i trzy lata później Chatka Na Lasku została oficjalnie otwarta. Za “komuny” uczelnie dysponowały funduszami na taką działalność, potem - wraz z upadkiem władzy ludowej, część chatek studenckich podzieliła los reżimu. Przetrwały, w różnym stanie, te najlepiej zarządzane. Obecnie Chatka Na Lasku należy do Zrzeszenia Studentów Polskich w Katowicach.

Dostajesz jakieś fundusze na jej prowadzenie?

Chatka musi sama zarobić na siebie i na mnie. Wszystkie remonty i bieżące funkcjonowanie obiektu są finansowane z noclegów. Dochody chatki zależą zatem i od liczby gości, i od zaangażowania gospodarza, a ja jestem pierwszym mieszkającym tu na stałe, poprzedni opiekunowie Lasku tylko tutaj bywali - w wakacje, weekendy, lub na zamówienie.

Nigdzie przez te osiem lat nie wyjeżdżałeś? Nie miałeś ani jednego urlopu?

Kilka razy wyjechałem na parę dni, ale żadnego urlopu nie miałem. Jestem stanowczo zbyt leniwy na urlop.

Z resztą urlop masz zawsze, gdy nie ma gości.

Gdy nie ma gości? Wtedy dopiero zaczyna się tutaj prawdziwa praca! Zawsze mam tu coś do zrobienia i wszystko robię sam. Muszę być alfą i omegą - od koszenia trawy, po remont dachu. Jestem sprzątaczką, zdunem, hydraulikiem, szklarzem. Widzisz te okna? Popatrz na nie z bliska.

Hmmm... No, cóż - sprawiają wrażenie nieco koślawych.

Bo sam wszystkie zrobiłem! Może wyglądają niepozornie, ale ich szczelności nic nie można zarzucić. Największy problem sprawił mi transport szyb.

Nie mogłeś kupić gotowych okien?

A za co? Chodź, pokażę Ci kabinę prysznicową...

Imponująca!

Aby doprowadzić do niej wodę musiałem wybierać: albo sprowadzę tutaj fachowca na pół dnia i zapłacę mu kilkaset złotych, albo kupię rurki “za grosze” i sam je podłączę, poświęcając na to tydzień. Zgadnij co wybrałem.

Tydzień pracy?

Tu czas płynie inaczej i ma inną wartość, niż na dole. Mam na Lasku 64 koce, piorę je przynajmniej raz w roku. Jak myślisz, ile czasu muszę na to przeznaczyć?

Nie mam pojęcia.

Dwa tygodnie. Pralka jest stara, nie włożę do niej więcej niż jednego koca na raz i nie wypiorę więcej niż ośmiu kocy dziennie - odlicz weekendy i inne zajęcia, bo przecież nie samym praniem człowiek żyje - wychodzi blisko pół miesiąca.

Zauważyłem, że w poprzek szlaku prowadzącego z Koszarawy do Lasku stoi szlaban z tabliczką “ZAKAZ WJAZDU POJAZDÓW SILNIKOWYCH”...

Od strony Pewli jest druga taka “zapora”.

Masz problem z crossami, quadami i samochodami terenowymi?

Już nie mam. Miałem, ale poradziłem sobie. Nie walczę z wszystkimi, dookoła są lasy prywatne i państwowe, tam niech ich właściciele “kruszą kopie” jeżeli nielegalne wjazdy im przeszkadzają. Ja proszę tylko o to, aby nikt nie jeździł po terenie należącym do Chatki. Są szlabany, są tabliczki - jeżeli ktoś je ignoruje, to znaczy, że lekceważy nie tylko przepisy, ale także moje i moich gości prawo do ciszy. Zatrzymywałem tu już i takich, którzy z GPS’em na kierownicy, nonszalancko twierdzili, że zgubili drogę.

Jak sobie z nimi poradziłeś?

Z większością udało mi się po prostu dogadać.

A z mniejszością?

Na arogancję nie odpowiadam kurtuazją...

I ani słowa więcej?

No dobrze, opowiem Ci. Wjechał kiedyś jeden taki samochodem terenowym pod mój dom. Poprosiłem go grzecznie, aby tu nie jeździł, ale w ogóle nie zareagował - zupełnie jak gdybym nic nie mówił. Ostrzegłem, że zadzwonię po policję. Wtedy się odezwał - a dzwoń sobie - powiedział - po to pracuję, aby płacić mandaty.

No, to musiałeś się zdenerwować...

Jeszcze nie bardzo. Wyprowadził mnie z równowagi dopiero wówczas, gdy zawołał przez CB do kolegi w drugim aucie: p***l tego starego i jedź dalej - mając na myśli mojego sąsiada, który też nie lubi “terenówek” przejeżdżających mu przez podwórko. Wróciłem do chałupy, w progu stał cep, wziąłem go i wybiłem nim szybę w samochodzie, mówiąc, że też pracuję po to, aby płacić mandaty, więc niech teraz on dzwoni po policję.

Jak zareagował?

Nawet nie wysiadł, odjechał i nigdy więcej nie wrócił.

Nie zadzwonił po policję?

Nie mógł, bo jak wytłumaczyłby się z nielegalnego wjazdu na szlak? Przyznaję, że nerwy mnie poniosły. Nie zamierzam nikogo zachęcać do takich wybryków, ale walka z nielegalnymi wjazdami jest w interesie wszystkich turystów. I nie tylko o spokój na szlakach tu chodzi, lecz wręcz o samo istnienie szlaków, bo coraz częściej słyszę gospodarzy, odgrażających się, że cofną swoją zgodę na poprowadzenie znaków przez ich grunty, bo quady im rozjeżdżają ścieżki. A quady jeżdżą po szlakach, bo tak jest topograficznie najprościej.

Miałeś tu więcej takich przygód?

Tylko dwie przez osiem lat. Następnym razem na teren chatki wjechało pięciu motocyklistów. Na moich oczach zerwali kartkę z zakazem wjazdu, ale i tak chciałem z nimi - jak z wszystkimi - porozmawiać, poprosić aby omijali moją posiadłość. Powiedzieli, żebym sp***lał, bo mnie rozjadą. No, to pierwszy oberwał grabiami, drugi cepem, a trzeciego trafiłem kamieniem. Wrócili razem, stanąłem na drodze z widłami... Sam nie wiem jak by się to skończyło, gdyby z chatki nie zaczęli wychodzić turyści, a z lasu sąsiedzi.

Nie boisz się?

Czego?

Sam nie wiem. Że na przykład ktoś puści chałupę z dymem.

Absolutnie nie chcę nikogo prowokować, ale dom jest ubezpieczony, zawsze mogę postawić nowy...

Jakub Terakowski

Wywiad został opublikowany w miesięczniku n.p.m. nr 8/2010. Wszelkie rozpowszechnianie i wykorzystywanie tego tekstu lub jego fragmentów, wymaga zgody Redakcji.


Strona główna