Jest Pani rekordzistką wśród gospodarzy schronisk – 40 lat na Hali Lipowskiej…

Jeszcze nie, w październiku minie dopiero 39 lat, byli jednak „lepsi” ode mnie – na Klimczoku, Szyndzielni, Równicy.

Ale mówi Pani o gospodarzach, których już nie ma, prawda?

No, tak.

A obecnie?

W Beskidzie Żywieckim i Śląskim nikt nie prowadzi żadnego schroniska dłużej ode mnie.

A w innych pasmach?

Nie słyszałam o nikim, a Pan?

Też nie. Jak się to więc zaczęło?

Mąż „od urodzenia” był sportowcem, ratownikiem i przewodnikiem. Chodził na wszystkie możliwe rajdy – albo je prowadził, albo zabezpieczał jako „goprowiec”. Nie znam nikogo tak bez pamięci zakochanego w górach jak Zbyszek. Przyszłam tu za nim.

Poznaliście się Państwo na wycieczce?

Nie, w szkole – na studniówce. Przyszedł z kolegą, tańczyliśmy polkę „siuśtaną”…

A cóż to takiego?

Nie wie Pan? To góralska, żywiecka, bardzo energiczna odmiana polki, w której prowadzący „wywija” partnerką na prawo i lewo.

Pochodzi Pani stąd?

Urodziłam się w Rychwałdku, nie mylić z Rychwałdem. Skończyłam liceum pedagogiczne, a potem studia – nauczanie początkowe - i przez kilka lat uczyłam w szkole. Przyjaciel męża był gospodarzem na Wielkiej Raczy, Zbyszek pomagał mu prowadzić schronisko, razem nosili w plecakach zaopatrzenie, bo nie było tam wtedy żadnej drogi dojazdowej. Wiele razy byłam z mężem na Wielkiej Raczy, tam zaczęła się nasza wspólna przygoda z górami. Drugi z przyjaciół Zbyszka prowadził Halę Lipowską, przyjeżdżaliśmy tu na Sylwestra, polubiliśmy to schronisko, więc nie zastanawialiśmy się długo, gdy okazało się, że obiekt jest do wzięcia.

To był rok?

1969. Mieszkaliśmy wtedy w Żywcu, mąż pracował w papierni, ja w szkole, mieliśmy już czteroletnią córkę. Helenka nigdy nie wybaczyła nam przeprowadzki na Lipowską.

Dlaczego?

Bo cieszyła się, że po wakacjach pójdzie do przedszkola, między dzieci, tymczasem trafiła w góry, daleko od rówieśników. A ja przyszłam tu miesiąc przed przejęciem schroniska, chodziłam krok w krok za ówczesną kierowniczką – panią Mocową – i zapisywałam w zeszycie wszystko – ile marchewek potrzeba do trzydziestu zup, jak co ugotować, jak kupić, wyprać i posprzątać. Nie miałam przecież prawie żadnego doświadczenia. Trudno porównać prowadzenie domu w Żywcu do karmienia wycieczek, którym musiałam tu sprostać. Tak się zaczęło i tak już zostało – od prawie czterdziestu lat nieprzerwanie prowadzę schroniskową kuchnię, nikt mnie tu nie wyręcza, nikt nie zastępuje. Dwa razy próbowałam zatrudnić kucharzy, ale szybko im podziękowałam.

Czemu?

Bo marnowali nieprawdopodobne ilości jedzenia! Jak oglądam tych wszystkich „Pascali” w telewizji, to dostaję oczopląsu, a serce pęka mi z żalu – tyle wyrzucają. Ja wiem, że szklany ekran rządzi się swoimi prawami, ale programy kulinarne kształtują zachowania lekceważąco traktujące półprodukty, i to pomimo całej finezji przygotowywanych potraw. A moi kucharze nie potrafili nawet porządnie podzielić kurczaka…

Czy Hala Lipowska ma swoje specialite de la maison?

Nie, ponieważ turyści nie oczekują wykwintnych dań, lecz chcą zjeść smacznie, dużo, szybko i tanio. Najchętniej zamawiają pierogi, naleśniki, fasolkę oraz bigos - czyli typowe schroniskowe posiłki, staram się więc najlepiej jak umiem uczynić zadość ich oczekiwaniom.

Jak wygląda zwyczajny dzień na Lipowskiej?

Gdy są ludzie to wygląda normalnie, a gdy nikogo nie ma to śpię do dziesiątej, potem sprzątam, piorę, prasuję, dzisiaj na przykład miałyśmy maglować, ale rozmawiam z Panem. I to Pan mnie „magluje”... (śmiech).

A jak schronisko wyglądało czterdzieści lat temu?

Obiekt był mniejszy, a warunki sanitarne znacznie skromniejsze niż obecnie, lecz turystów było znacznie więcej niż teraz. Dzisiaj wielu stać na dalekie podróże - to dobrze, lecz niestety wielu nie stać nawet na Halę Lipowską - to gorzej.

Dlaczego nie stać? Przecież ceny noclegów i posiłków są tu całkiem przyzwoite.

Ale bez własnego samochodu coraz trudniej dojechać w pobliże. W soboty i niedziele nie kursuje ani jeden autobus do Złatnej. W latach osiemdziesiątych średnie „obłożenie” schroniska sięgało 25%, teraz ledwie przekracza 10%. Coraz mniej jest „prawdziwych” turystów - czyli tych wędrujących z plecakami po górach, rzadko trafiają się wycieczki, a wczasów na Lipowskiej już od dawna nie było w ogóle.

Wczasów? W schronisku?

A tak! Swojego czasu oddziały wojewódzkie PTTK organizowały dwutygodniowe turnusy w górach, latem wędrowne, zimą stacjonarne. Bałam się ich okropnie, bo myślałam, że uczestnicy będą nie wiadomo jak wymagający, a okazało się, że to były jedne z najsympatyczniejszych grup, jakie pamiętam. Wszyscy pogodni, życzliwi, otwarci, bawili się doskonale, płakali na pożegnanie i wracali rok później. Może to też zasługa przewodników, którzy byli wyraźnie bardziej zaangażowani, niż obecnie. A teraz zdarza mi się usłyszeć przewodnika wołającego - dziesięć minut i wychodzimy! Słowa nie powie taki o schronisku, nie wejdzie nawet do jadalni by pokazać zdjęcia starego obiektu, które specjalnie tu powiesiłam. To smutne.

Wróćmy proszę do pierwszych dni na Lipowskiej. Czy „korepetycje” u poprzedniej gospodyni wystarczyły Pani by sprostać wszystkim wyzwaniom?

Wystarczyły w zupełności. Pamiętam, że trzy dni po przejęciu schroniska zadzwonił ktoś z Ujsoł i zamówił 35 obiadów. Mieliśmy wtedy tylko jedną małą lodówkę, która z trudem mieściła bieżące zapasy, więc mąż pobiegł z plecakiem na dół i przyniósł co potrzeba. Przez pierwsze cztery lata prawie wszystko dźwigaliśmy tu na własnych plecach i tylko czasem mogliśmy sobie pozwolić na wynajęcie wozaka. Jesienią robiliśmy ogromne zapasy - dwie tony ziemniaków, sto kilogramów mąki, cukru, kapusty, tak aby w zimie schodzić tylko po chleb i mięso. Próbowaliśmy jeszcze transportować oranżadę butelkach, ale pękały. Nie było żadnych „Coli”, „Fant” i „Sprite”, turyści pili piwo z beczek, herbatę lub kompoty. Kto dzisiaj pamięta kompoty... A teraz mam pięć zamrażarek, trzy lodówki, samochód terenowy na lato i ratrak na zimę. Sielanka!

Który dzień z tych blisko czterdziestu lat na Lipowskiej był dla Pani najważniejszy?

Myślę, że święto schroniska, zorganizowane tu w roku 2006. Przyjechało mnóstwo ludzi z PTTK, zaprosiłam starych Moców - czyli poprzednich gospodarzy, zjawił się istny tłum przyjaciół i znajomych, długo w noc siedzieliśmy przy ognisku, wróciła młodość, było bardzo miło.

A pamięta Pani jakiś szczególnych gości?

Tylu ich było... Jeszcze za „komuny” miał tu przyjść na spacer jakiś bardzo wysoki rangą funkcjonariusz partii. Już kilka dni wcześniej zaczęły urywać się telefony, dzwonił pierwszy sekretarz PZPR z województwa, stąd, stamtąd... Żeby szczególnie przyjąć, ugościć, zadbać... Zdenerwowałam się - co czerwony dywan mam rozwinąć - pytam. Przyślijcie, to rozwinę! A gość przyszedł i okazał się bardzo skromnym, sympatycznym i komunikatywnym, jego żona przysłała mi potem książkę kucharską. Teraz podobnie miałam z Przemysławem Gosiewskim, jeszcze był w Warszawie, a tu już telefon: halo, czy to Lipowa, jak tam do Was dojechać? Nie - mówię - źle się Pan dodzwonił, Lipowa jest pod Skrzycznem, tu jest Hala Lipowska. A dojechać się nie da, bo jest zima, śnieg leży na szlakach. Przywieźli Gosiewskiego skuterem śnieżnym, aż się zdziwiłam - taki „swój chłop” - zjadł co mu dałam, nie wybrzydzał, podziękował.

Widziałem tu Szlak Papieski...

Za mojej kadencji Karol Wojtyła na Lipowskiej nie był, rozpoznałabym go nawet gdyby przyszedł incognito, bo mnie bierzmował. A Szlak Papieski, cóż - myślę, że Jan Paweł II bywa czasem wykorzystywany ponad miarę wszelkiej przyzwoitości. On miał swoje bacówki i swoje ulubione ścieżki, rzadko chodził utartymi szlakami, także turystycznymi.

To zapytam o tych ludzi, których wolałaby Pani tu nie widzieć...

Nie było takich. Raz tylko wystraszyłam się okropnie. Późną jesienią, wieczorem, akurat męża nie było w schronisku, usłyszałam potężne łomotanie do drzwi. Wpadła moja pracownica i - kierowniczko, nie otwierajmy, to jakieś zbiry - woła. Wpuściłam ich, bo schronisko jest przecież dla każdego, dla zbirów też. Weszło chyba z dziesięciu, skąd idziecie - pytam. A z Boracej - mówią. Okazało się, że to „Zakopiańcy”, którzy remontowali schronisko na Hali Boraczej, wezwani nagle do jakiejś awarii na Miziowej. A, że wyszli późno, to zdecydowali, że przenocują u mnie. Uśmiałam się do łez. Chyba mam szczęście do ludzi, lubię ich, to i oni lubią mnie. Gdy szłam na Lipowską, to koleżanki mówiły do mnie - najpiękniejsze lata zmarnujesz sobie na tym odludziu! A one ciekawiej miały w biurze? Spotykały tylu ludzi, co ja? Tu mam większe okno na świat niż na dole. Kiedyś poprzednia gospodyni z Rysianki zapytała mnie kiedy mam czas na rozmowy z turystami? No, nawet w okienku - mówię. Bo przychodzą do mnie - ona na to - i nachwalić Ciebie nie mogą. Nie odezwałam się, bo co miałam powiedzieć, że o niej opowiadają, iż więcej rozmawia z własnym psem, niż z gośćmi? Nie, nigdy nie miałam na Lipowskiej kłopotów z turystami.

Ale słyszałem, że miała Pani problemy z niedźwiedziem.

Problemy? Czego to ludzie nie wymyślą! Nie miałam żadnych problemów. Ot, wiele już lat temu przychodziła na Lipowską niedźwiedzica z młodym i przeszukiwała śmietnik, który wtedy jeszcze nie był zamykany. Misie zniknęły równie niespodziewanie, jak się pojawiły, lecz legenda o nich - jak słyszę - wciąż krąży po górach.

Nie atakowały turystów, nie włamywały się do spiżarni?

Nigdy w życiu! Raz miałam łapę niedźwiedzia odbitą na szybie, to wszystko. A z turystami najczęściej rozmijały się, bo przychodziły na Lipowską albo o świcie, albo o zmroku. Z resztą bały się ludzi, niedźwiedź nigdy nie zaatakuje człowieka, tylko w mediach zdarzają się takie przypadki, nie w górach.

A chodzi Pani po górach?

Niestety, nigdy nie mogłam dużo wędrować, bo bardzo szybko się męczę, mam „leżące” serce - cokolwiek to znaczy - muszę unikać wysiłku. Tylko wchodząc na Halę Lipowską nigdy nie czuję znużenia, idę sobie powoli, oddycham spokojnie i nie wiedzieć kiedy jestem w schronisku.

Czy wśród turystów na Hali Lipowskiej są rekordziści na miarę Pani?

Owszem, są. Odkąd pamiętam bywają tu na przykład Państwo Dmochowscy z Warszawy, ostatnio gościłam już czwarte pokolenie ich rodziny. Czwarte pokolenie znajomych przyjeżdża tu też ze Szczecina i z Krakowa, wszyscy są moimi przyjaciółmi.

Odwiedza ich Pani czasem?

Nie mam kiedy. Od czterech lat jesteśmy tu we dwie i tylko na zimę zatrudniam dodatkowego pracownika. Bardzo pomaga mi zięć, który zajmuje się zaopatrzeniem schroniska, bo ja nie mam prawa jazdy, zakupy zawsze robił mąż... Zmarł dziewięć lat temu, poszedł dołożyć do pieca, poślizgnął się na schodach, dopiero rano ktoś go znalazł... Nie doczekał „trzydziestki” na Lipowskiej, tak jak ja chyba nie doczekam tu „czterdziestki”, może zejdę na dół już w przyszłym roku?

Czemu chce Pani zrezygnować?

A wie Pan ile ja mam lat? Ile mi życia zostało? Jeszcze chciałabym trochę świata zobaczyć...


Strona główna