Andrzej Semenowicz - emerytowany przewodnik tatrzański

Co spowodowało, że został Pan przewodnikiem, a nie - na przykład - żeglarzem?

Wiele lat spędziłem w domu dziecka, gdyż moja mama poważnie zachorowała i tylko w ten sposób mogła mi zapewnić opiekę. Tam narodziła się we mnie nieodparta potrzeba wolności, której symbolem były góry. Z Krakowa miałem w nie dość blisko, ale gdybym mieszkał w Gdańsku, to wybawienia szukałbym pewnie na morzu. Z resztą jako nastolatek całkiem poważnie myślałem o ucieczce kajakiem na Bornholm. Pragnąłem wyzwolić się od przygnębiającej rzeczywistości "peerelu", która ciążyła mi, ograniczała i nie dawała żadnych perspektyw. Wybrałem jednak góry, bo tam wolności mogłem szukać legalnie. Namiot, koleba, czy pogodne niebo zastępowały mi dom, za którym tęskniłem do bólu.

Gdzie pojechał Pan po raz pierwszy?

W podkrakowskie skałki. Wcześniej odkryłem w sobie upodobania speleologiczne, które zaspokajałem na miarę ówczesnych możliwości: penetrowałem z kolegami kanały pod lotniskiem wojskowym na Rakowicach. Cały ten teren był wówczas pilnie strzeżony, pewnego dnia zgubiliśmy się w sieci kanałów i postanowiliśmy sprawdzić gdzie jesteśmy, otwierając właz. Widziałem kiedyś identyczną scenę na jakimś filmie: pierwsze co zobaczyliśmy przez szparę były buty wartownika, na szczęście od tyłu... (śmiech). W kanałach pełno było amunicji, którą przynosiłem do domu, ku przerażeniu mamy. Raz omal nie skończyło się to tragicznie: rozmontowywałem pociski przeciwpancerne, z których spłonki przechowywałem w szufladzie. Pechowego dnia, zdesperowana mama, zupełnie nieświadoma konsekwencji, wrzuciła je wszystkie do kuchennego pieca.

O boże!

Jeden z garnków wbił się w sufit...

A jakim sposobem trafił Pan z tych podziemi w skałki?

Jeden z kolegów miał rodzinę w Zelkowie, skąd tylko krok dzielił nas od dolinek: Kluczwody, Kobylańskiej, Bolechowickiej, Będkowskiej. Zaczęliśmy wspinać się, najpierw łatwymi dróżkami, a z czasem coraz ambitniejszymi. Nadal czuję dreszcz emocji gdy dotykam wapiennych ścian w dolinkach, a w uszach wciąż rozbrzmiewa mi dźwięk młotków i haków. Nie używaliśmy jeszcze wówczas "wędek" i innych rozpowszechnionych obecnie metod asekuracji. Wspinaliśmy się klasycznie, techniką podciągową, przestrzegając zasad czystego stylu: haków nie wolno było się chwytać, a linę traktowaliśmy jak świętość, biada temu, kto na nią nadepnął. W skałkach spędzałem każdą wolną chwilę, nocowałem w grotach. Raz, gdy okradziono sklep w Bolechowicach, podejrzenie padło na mnie, bo wiadomo: brudny, obszarpany, głodny - znaczy złodziej. Przyjechała milicja, zostałem aresztowany i przewieziony do komendy w Krakowie, przy - nomen omen - placu Wolności. Przesłuchano mnie, wzięto odciski palców, odebrano pasek oraz sznurowadła i poprowadzono do aresztu przy Siemiradzkiego.

Bez sznurówek?

Tak. Jedną ręką trzymałem portki, drugą spadające buty. W pewnym momencie wyrwałem się konwojentom i usiadłem na środku skrzyżowania, wprost pod nadjeżdżającym tramwajem, zatrzymując cały ruch. Nic mi to jednak nie pomogło, skutek był tylko taki, że do aresztu zostałem zawleczony. Nazajutrz zwolniono mnie, więc ze spodniami w garści poszedłem z powrotem na plac Wolności, odebrałem swoje rzeczy z depozytu i wróciłem do Doliny Bolechowickiej.

Pana droga w wyższe góry była dość wyboista...

W skałkach poznałem ludzi, którzy wspinali się w Tatrach. Namówili mnie na zrobienie kursu, zapisałem się, ale egzaminu zdawać nie musiałem, bo instruktorzy stwierdzili, że byłaby to tylko formalność. 6 grudnia 1960 roku zostałem przyjęty do krakowskiego Klubu Wysokogórskiego.

Dokładnie w Świętego Mikołaja...

Lepszego upominku nie mogę sobie wyobrazić. Moim wprowadzającym był Staś Kuśmierczyk, ten sam, który dziesięć lat później przyjmował mnie do Koła Przewodników Tatrzańskich imienia Macieja Sieczki.

Czy jako młody, wybitnie zdolny taternik, zwolniony z obowiązku zdawania egzaminów, wytyczył Pan jakieś szczególnie trudne drogi?

Nie wiem, nigdy mnie to nie interesowało. Byłem i jestem niepoprawnym romantykiem, sportowy wymiar wspinaczki jest mi zupełnie obcy. Po dziś dzień uważam, że rywalizować można na stadionie, a nie w górach. Łączność duchowa z górami jest dla mnie najważniejsza - jakkolwiek patetycznie to brzmi. Zawsze wspinałem się dla przyjemności, a nie dla chwały zdobywcy dziewiczych ścian, choć i takie się zdarzały.

Przewodniki Paryskiego czy Puŝkaŝa czytałem planując wyjścia zespołowe, często jednak wspinałem się sam, a wtedy nawet jeżeli droga, w którą wchodziłem była dokładnie opisana, to pokonywałem ją tak, jak gdybym był tam pierwszym człowiekiem na świecie. Wytyczałem te drogi sam dla siebie.

Ale uprawnienia przewodnika zdobył Pan przecież nie po to, aby chodzić po górach swoimi ścieżkami, samotnie.

Prowadzenie wycieczek pozwalało mi bywać w górach. Nie miałem wówczas innego źródła dochodów.

Połączył Pan przyjemne z pożytecznym.

Przyjemne? Dla mnie chodzenie po górach było więcej niż przyjemnością, było przymusem. Nie widzę siebie nigdzie indziej. Przewodnictwo zaspokajało mój narkotyczny głód gór, ale też - ma Pan rację - bardziej prozaicznie, pozwalało mi na utrzymanie siebie i rodziny. A dzisiaj jestem na emeryturze wyłącznie dzięki prowadzeniu turystów. Wybór innej profesji byłby dla mnie zdradą, dokładnie tak, jak w małżeństwie. Jeżeli ślubowałem wierność, to nie mogę zawieść, zdradzić. Jeżeli mam żonę, to nie mam równocześnie nikogo "na boku". Z górami jest tak samo.

Góry jednak nie przeszkodziły Panu w małżeństwie, nie musiał Pan wybierać: albo Ona, albo one.

Nie wahałem się ani przez chwilę. Żonę mam bezkonkurencyjną, góry nie mogły z nią rywalizować. Nie musiałem wybierać, bo oczywiste było dla mnie, że rodzina jest najważniejsza, Nadal chodziłem po górach, ale nie kosztem najbliższych, lecz z najbliższymi. Zarówno góry, jak i małżeństwo mogą wszakże być groźne. Dla żony straciłem głowę, a w górach omal nie straciłem życia. Wybrałem się zimą na Durny Szczyt, lecz nie naostrzyłem raków - bo w tamtych czasach zęby przed każdą wycieczką szlifowało się pilnikiem - i pośliznąłem się. Zjechałem prawie pod Chatę Terry'ego. Nic się nie stało, lecz zsuwając się w dół cały czas miałem świadomość, że jeżeli przede mną pojawi się uskok, to w żaden sposób nie zahamuję i polecę w przepaść jak kamień. Przed oczami stanął mi obraz zwłok, które znalazłem pod Przełęczą Gąsienicową. Mężczyzna wyglądał jak gdyby spał, ubrany w kurtkę z kapturem, żadnych obrażeń nie było widać. Uniosłem mu głowę i wtedy okazało się, że potylicę ma odciętą jak skalpelem. Daruję Panu dokładny opis.

Czy miłość do gór nie słabnie w takich chwilach?

A cóż one są winne? Nie twierdzę też, że to ludzie sami są sobie winni, bo już sam fakt, iż czują potrzebę bycia w górach świadczy na ich korzyść. Czasem ulegają wypadkowi przez lekkomyślność lub brak doświadczenia, ale czasem tylko przez brak odpowiedniego sprzętu. W Tatry, w latach siedemdziesiątych przyjeżdżały setki wspinaczy z NRD, mieli liny z sizalu, tenisówki z bazaru i haki z taśmy.

Z taśmy?

Produkowane taśmowo, wszystkie identyczne, takie same i do wąskich szczelin, i do szerokich. W tych największych osadzali więc pęczki haków, tworząc tak zwane "ogródki", aby stanowisko asekuracyjne było w miarę stabilne. Czy można zatem dziwić się, że wypadki zdarzały się wtedy prawie codziennie?

Jednak jako przewodnik spotkał Pan zapewne wiele osób, o których trudno powiedzieć, że czuły potrzebę bycia w górach.

Zdarzało się, że prowadziłem nad Czarny Staw licealistki w "rzymiankach", czyli delikatnych sandałkach, przywiązanych paskami do łydki. Myślałem, że są z nami przez pomyłkę, więc próbowałem namówić je aby poczekały na resztę grupy opalając się nad Morskim Okiem. Nadaremno! Ich potrzeba pójścia wyżej była zniewalająca. W efekcie najtrudniejsze odcinki pokonywały boso.

Dość ryzykownie...

Nic podobnego! Sam wielokrotnie wspinałem się w skałkach bez obuwia. To ja odpowiadałem za bezpieczeństwo podopiecznych i znając teren oraz warunki decydowałem, czy możemy pójść tam, gdzie chcą.

I nigdy się Pan nie pomylił?

Na szczęście nigdy. Raz tylko żałowałem, że pozwoliłem pójść w chodakach na Szpiglasową. To miała być silna grupa - piloci, którzy po forsownym szkoleniu w ośrodku kondycyjnym na Groniku poprosili, abym zabrał ich na wycieczkę z żonami. W autokarze okazało się, że prawie wszystkie panie mają na nogach niezwykle modne wtenczas drewniaki. Zaproponowałem łatwiejszy szlak, ale mężowie nawet nie chcieli o tym słyszeć, obiecywali, że w razie potrzeby będą przenosić swoje połowice. Pod przełęczą, na odcinku zabezpieczonym łańcuchami, posypał się w dół istny grad chodaków, szukałem ich długo, lecz i tak nie znalazłem wszystkich... W efekcie, przez płat śniegu poniżej, część białogłów stąpała więc niczym sarenki, boso...

A mężowie?

Byli zbyt zmęczeni, aby dotrzymać słowa. Co ja się potem, w Dolinie Roztoki, skarg nasłuchałem... Nie, nie na mnie, lecz na małżonków. Ale tydzień później dostałem list podpisany przez wszystkich: dziękowali za najbardziej udaną wycieczkę w życiu.

Czy idąc z bandą rozwrzeszczanych dzieciaków przez Dolinę Kościeliską też czuje Pan radość z bycia w górach?

Nie zdarzyło mi się aby prowadzona przeze mnie grupa dzieci wrzeszczała. A góry pochłaniają mnie bez reszty i odurzają nawet w najliczniejszym towarzystwie.

I w takim stanie "upojenia" prowadzi Pan grupę?

Zapewniam, że nic po mnie nie widać i cały czas pozostaję przytomny. Kontroluję sytuację, dbam o bezpieczeństwo, angażuję w rozmowy, zatrzymuję się tam, gdzie trzeba i mówię to, co trzeba. Nie opowiadam przy Jaskini Mroźnej, o Mylnej. Takie pomyłki zdarzały mi się tylko na Wawelu, bo mam też uprawnienia przewodnika po Krakowie. Podczas wielogodzinnych dyżurów recytowałem czasem niewłaściwe kwestie, w niewłaściwych salach... (śmiech).

Ale na Kasprowym nie wspominał Pan o arrasach?

Tylko daty myliły mi się niekiedy z wysokościami. Schronisko nad Morskim Okiem stoi 1410 metrów nad poziomem morza.

A bitwa pod Grunwaldem była w roku 1410...

To akurat proste, lecz w wielu innych przypadkach, popełnić błąd jest znacznie łatwiej.

Ile wycieczek Pan poprowadził?

Nie mam pojęcia, już dawno straciłem rachubę.

A czemu przeszedł Pan na emeryturę? Znam aktywnych przewodników w podobnym wieku.

Miałem dwa udary mózgu, przed trzecim lekarze zdążyli. Za każdym razem traciłem pamięć, a jej odzyskiwanie było coraz trudniejsze. Nie mogę prowadzić grup, nie ufając sobie. Nadal żyję życiem Koła, lecz już tylko wirtualnie, naszą stronę przeglądam codziennie. A tych, którzy odeszli odwiedzam na cmentarzu.

Czy bywał Pan też w górach wyższych, niż Tatry?

W Alpach wielokrotnie, a w roku 1974 pojechałem w Hindukusz z wyprawą na stulecie przewodnictwa. Wszedłem wtedy na niewielki, sześciotysięczny, ale dziewiczy i bezimienny szczyt.

Skorzystał Pan z prawa nadania mu nazwy?

Nie, nie zależało mi na tym. Po powrocie do kraju zostałem wręcz zaskoczony przez kolegów, uczestników wyprawy, którzy w relacjach prasowych zwrócili uwagę na ten fakt.

Kiedy ostatnio był Pan w Tatrach?

Dawno, zbyt dawno temu. W roku 2009, na Gerlachu, z moimi dziećmi. Długo przygotowywałem się do tej wycieczki. Mamy chatkę pod Krakowem, w Dolinie Racławki, jeździłem tam i nosiłem kamienie w plecaku. Po trzydzieści kilogramów, z kamieniołomu w Dębniku pod dom. To nie był mój "sposób" na kondycję, bo Andrzej "Zyga" Heinrich przed wyprawami w Himalaje biegał po wałach Rudawy z cegłami w horolezce. Wiek jednak pod Gerlachem boleśnie przypomniał mi o sobie, wierzchołek zdobyłem w dobrej formie, ale powrót był już bardzo wyczerpujący. Jakiś czas później wybrałem się jeszcze z córką Drogą po Głazach, na Mięguszowieckie. Ostatkiem sił wszedłem na Kazalnicę i tam musiałem się poddać.

A po niższych górach wędruje Pan nadal?

Stosuję odwrotnie stopniowaną skalę trudności: Mont Blanc - Gerlach - Babia Góra - Tarnica - Kopiec Kościuszki. Ostatnio byłem tam z orszakiem ślubnym córki, która wesele zorganizowała w forcie, u podnóża najwyższego wzniesienia w Krakowie. Na szczyt udało mi się wejść bez zadyszki, lecz serce - z emocji - tłukło mi się jak oszalałe... Cóż, jak mówią górale: wse wirchowoł nie bees, ale coś uwirchowoł to Twoje. I to jest piękne.

Rozmawiał: Kuba Terakowski

Wywiad został opublikowany w miesięczniku n.p.m. nr 10/2012. Wszelkie rozpowszechnianie i wykorzystywanie tego tekstu lub jego fragmentów, wymaga zgody Redakcji.


Strona główna