Rozmowa z Pawłem i Donatem Michalskimi


Od dawna jeździsz na rowerze?

P.M. Podobno raczkowałem, gdy pierwszy raz próbowałem wsiąść na rower, bo skoro tata jeździ, to ja też chcę!

A pamiętasz swoją pierwszą jazdę?

P.M. Bardzo mgliście. Wiem, że jej trasa miała 850 metrów długości, czyli od domu w Elblągu, gdzie wówczas mieszkaliśmy, do Bażantarni - czyli najbliższego dużego zieleńca. Zaczynałem od „Bobo”.

Z dodatkowymi, dwoma tylnymi kółkami, albo kijkiem dla nauczyciela?

P.M. Nie, nie miałem żadnej taryfy ulgowej. Za pierwszym razem tata postawił mój rowerek obok płotu, abym mógł się podeprzeć i złapać równowagę, ale radzić musiałem sobie sam.

Zero litości dla malucha?

D.M. Ja zawsze, przez całe życie kochałem rower. Był moją pierwszą miłością, żona była druga.

A co na to żona?

D.M. Pogodziła się z tym, a nawet zauważyła dobre strony tej sytuacji, bo dzięki niej ma spokój w domu gdy wyruszam w drogę i może spokojnie czytać książki.

Nie zabierasz żony ze sobą?

D.M. Nigdy tego nie chciała, nie polubiła roweru, chociaż zawsze wspierała moją pasję. A ja, aby nie jeździć samotnie, zacząłem wyciągać na wycieczki Pawła, gdy tylko dorósł do „Bobo”.

I gdzie jeździliście?

P.M. Gdy jeszcze mieszkaliśmy w Elblągu, to tata był tak zapracowany, że poza spacerami po okolicy, nie miał czasu na dłuższe wycieczki, a ja byłem za mały, aby wybierać się bez niego.

D.M. Po przeniesieniu do Siedlec zdjąłem mundur i kupiłem dla nas dwa bardzo dobre rowery, na których penetrowaliśmy coraz to odleglejsze miejsca. Nasza ulubiona trasa prowadziła do Białowieży, potrafiliśmy jeździć tam co drugi weekend, a to przecież ponad 140 kilometrów w jedną stronę.

Sporo!

D.M. Ale droga piękna i spokojna.

P.M. A potem zamieniliśmy się rolami, poszedłem do pracy i to z kolei mnie zaczęło brakować czasu na rower. Pewnie tak byłoby do dzisiaj, gdyby nie wypadek.

Jak to się stało?

P.M. To było w grudniu 2004, w Mińsku Mazowieckim. Pracowałem w firmie produkującej i naprawiającej plandeki samochodowe. Pechowego dnia wszedłem na dach tira, w jednej ręce miałem skrzynkę z narzędziami, a drugą chwyciłem się belki podtrzymującej plandekę. Belka pękła, straciłem równowagę i z wysokości pięciu metrów runąłem wprost na betonową posadzkę warsztatu. Upadłem tak nieszczęśliwie, że złamałem kręgosłup na wysokości szóstego i siódmego kręgu piersiowego. Uszkodziłem kręgosłup tak poważnie, że zostałem całkowicie sparaliżowany od wysokości złamania w dół. A to oznacza, że nie mam żadnej władzy w nogach, nie mogę wykonać nimi żadnego ruchu i mam zerowe czucie. I nic się do dzisiaj nie zmieniło.

Nie byłeś przez te cztery lata leczony, rehabilitowany?

D.M. Nikt jeszcze nie operuje rdzenia kręgowego. Pierwsze próby były wprawdzie podejmowane w kilku klinikach na Zachodzie, ale koszty tych zabiegów trzeba liczyć w milionach dolarów, a ich skuteczność jest wątpliwa.

P.M. Dla mnie to był koniec świata. To był wyrok - wózek inwalidzki, cewniki, pampersy i całkowite uzależnienie od innych ludzi do końca życia. Przez ten wypadek rozpadło się moje małżeństwo, żona nie potrafiła mnie takiego zaakceptować. I nie dziwię się jej, bo ja też nie potrafiłem, miałem myśli samobójcze. Nie wiem, czy rozmawialibyśmy tu teraz, gdyby nie moi rodzice. To oni wsparli mnie, byli ze mną gdy potrzebowałem ich najbardziej i są nadal.

I to im zawdzięczasz rower?

D.M. A to już Pawła inicjatywa. Pamiętam jak rok po wypadku rozmawiałem z małżonką o naszej sytuacji. Mieszkanie już mieliśmy nowe - przenieśliśmy się z piątego piętra na parter, a syn powoli godził się z wyrokiem lekarzy. Zapytałem wtedy, czy mógłbym kupić sobie nowy rower, bo tamten mi ukradli. Żona zgodziła się bez wahania, ale w tym momencie pojawił się w pokoju Paweł i zapytał, czy nie interesuje mnie jego zdanie?

A jakie było Twoje zdanie Pawle?

P.M. Że tata oczywiście może sobie kupić rower, ale ja też chciałbym mieć własny.

D.M. Zaskoczony zapytałem jak to sobie wyobraża. Wtedy po raz pierwszy w życiu usłyszałem - właśnie od Pawła - o tak zwanych handbike’ach, czyli rowerach z napędem ręcznym. Paweł był już dobrze przygotowany do tej rozmowy, wiedział, że odpowiedni dla niego handbike kosztuje pięć - sześć tysięcy złotych. Dużo, ale z dofinansowaniem z PFRON mogliśmy pozwolić sobie na ten wydatek. Musieliśmy sobie pozwolić!

P.M. Ustaliliśmy, że w styczniu pojedziemy do lekarza po zaświadczenie dla PFRON, ale dofinansowanie okazało się niepotrzebne.

Dlaczego?

D.M. Bo w grudniu 2005, przed samymi Świętami, usłyszałem w Radio WAWA: wyślij SMS’a, spełniamy marzenia! I Paweł takiego SMS’a wysłał. Trzy dni później Radio WAWA odezwało się do nas, Paweł został wybrany na beneficjenta ich akcji, ufundowano mu handbike’a. Radio WAWA wspólnie z siecią sklepów Conforama zapłaciły za pojazd, a wykonała go firma Magnus.

Jak wygląda?

P.M. To wysokiej klasy rower, wręcz stworzony do wielkiej turystyki, jest zrobiony z karbonu, więc pomimo rozmiarów waży tylko dwanaście kilogramów. Ma dwa koła z tyłu i jedno z przodu. To przednie połączone jest poprzez łańcuch z korbowodem, napędzanym nie tak, jak zwyczajnych rowerach - czyli nogami - lecz rękami. Mój handbike ma dwie zębatki „z przodu” - czyli u góry, przy korbowodzie i dziewięć „z tyłu” - czyli na dole, przy piaście przedniego koła. Ma też dwa hamulce szczękowe, tak jak w klasycznym rowerze, z tą różnicą, że obydwa zamontowane są przy przednim kole, z dwóch stron widełek. Siodełko jest wyposażone w pas bezpieczeństwa, chroniący mnie przed wypadnięciem, bo ja widzę, że siedzę, ale tego nie czuję... Nogi mam wyprostowane idealnie poziomo, a stopy unieruchomione w specjalnych strzemionach.

A jak się tym skręca, skoro łańcuch prowadzi do przedniego koła?

P.M. To proste - koło przechyla się na boki, umożliwiając kierowanie.

Czy na handbike’ach jeżdżą także osoby w pełni sprawne?

P.M. Nie słyszałem o nikim takim. Magnus produkuje handbike’i na indywidualne zamówienie osoby niepełnosprawnej, specjalnie dostosowane do potrzeb konkretnego użytkownika. Na takich rowerach jeżdżą osoby z zaburzeniami równowagi oraz dysfunkcją narządów ruchu. Na takim rowerze jeździ na przykład Arkadiusz Skrzypiński - wicemistrz świata oraz mistrz Europy i Polski w maratonie na handbike’ach. Ludzie zdrowi nie mają potrzeby korzystania z rowerów napędzanych ręcznie.

A ile osób w Polsce używa handbike’ów?

P.M. Nie wiem. Z pewnością niewiele, sam nigdy nie spotkałem nikogo na handbike’u.

I nie ma w Polsce żadnego stowarzyszenia ich użytkowników?

P.M. Nie ma.

Kiedy wyruszyłeś na pierwsze jazdy handbike’m?

P.M. Od razu, gdy tylko śnieg stopniał, na wiosnę roku 2006. Na początku były to krótkie wycieczki, bocznymi drogami, w okolicy Siedlec. Sam nie wiem kiedy dystanse zaczęły rosnąć i pod koniec sezonu okazało się, że bez specjalnego problemu jestem w stanie przejechać sto kilometrów dziennie.

D.M. Wtedy postanowiliśmy, że w roku 2007 wybierzemy się na wyprawę do mekki rowerzystów, czyli na Nordkapp. Paweł kondycyjnie był już przygotowany na taką wyprawę, lecz jego niepełnosprawność podnosiła koszty wyjazdu powyżej pułapu dla nas osiągalnego. Zdecydowaliśmy więc, że spróbujemy zdobyć sponsorów. Ale sponsorzy muszą coś o nas wiedzieć i coś od nas otrzymać w zamian, założyliśmy więc skromną stronę internetową - www.niepelnosprawnyturysta.com, na której pierwotnie znalazły się tylko informacje o nas.

I zaczęliście kołatać do firm?

D.M. Pierwszy list napisaliśmy do Kancelarii Prezydenta Kaczyńskiego. Ku naszemu zdziwieniu, po dwóch tygodniach przyszła odpowiedź, a po trzech na nasze konto wpłynęły pieniądze.

Duże?

P.M. Znaczące w budżecie wyprawy... Nie pozostało nam więc nic innego, jak zdobyć resztę potrzebnej kwoty. Wysłaliśmy z tatą dosłownie tysiące e.mail’i. Odezwał się Marabut - szyjący namioty, Bergson - producent odzieży turystycznej, Cyklotour, Igor Czajkowski i wiele innych firm. Tym sposobem udało nam się skompletować cały sprzęt i zebrać pieniądze na wyjazd.

D.M. W lipcu 2007, po przestudiowaniu wszystkich możliwych map, po przygotowaniach i treningach, ruszyliśmy w naszą wielką podróż na Nordkapp.

Jakie to były treningi?

P.M. Kondycyjne. Chodziłem na siłownię i ćwiczyłem ręce. Jeździłem też bardzo intensywnie handbike’m po okolicy oraz wózkiem inwalidzkim po mieście. Wózkiem, bo wtedy pracują te same partie mięśni, co na handbike’u, przecież obydwa te pojazdy są napędzane rękami.

Czy po stu kilometrach jazdy handbike’m ręce Ciebie nie bolą?

P.M. Kubo! To jest tak samo, jak na zwyczajnym rowerze. Czy po stu kilometrach nogi Ciebie nie bolą?

No, trochę bolą...

D.M. Bolą mniej, gdy jesteś dobrze przygotowany i jedziesz spokojnie, lub bardziej, gdy kondycję masz słabszą lub „kręcisz na maksa”. A my nie ścigamy się z nikim i z niczym, lecz po prostu podróżujemy, dostosowując się do pogody i naszego samopoczucia. Podczas wyprawy na Nordkapp pokonywaliśmy 90 kilometrów dziennie, czyli całkiem sporo biorąc pod uwagę, że Paweł wiózł na bagażniku trzy sakwy, a ja pięć i ciągnąłem przyczepkę. Z takim ciężarem nie da się jechać szybko. A przejechaliśmy wtedy Polskę, Litwę, wjechaliśmy na Łotwę i tam zaczęły się problemy zdrowotne Pawła - na pupie zrobiła mu się odleżyna.

Od ciągle tej samej, niezmiennej pozycji?

P.M. Tak, prawdopodobnie miałem złe siedzenie. Ten rower jest świetny, ale producent nie mógł przewidzieć, że spędzę na nim tyle czasu.

D.M. Po telefonicznej konsultacji z lekarzem postanowiliśmy, że przerywamy podróż i wracamy do Siedlec. Mój młodszy syn przyjechał po nas samochodem i tak, na Łotwie zakończyła się nasza pierwsza podróż na Nordkapp. Było nam bardzo przykro, ale zdrowie Pawła jest najważniejsze.

Wracacie zatem do Polski...

D.M. I myśl o wyprawie na północ nie opuszcza nas ani na chwilę.

P.M. Chcemy udowodnić, że osoby niepełnosprawne są pełnowartościowe i potrafią dokonać nie mniej, niż ludzie sprawni.

D.M. A czasem nawet więcej...

P.M. 31 maja 2008 wyruszamy ponownie na północ...

D.M. Z niewyleczoną do końca odleżyną.

Po blisko roku od poprzedniej wyprawy? To aż tak poważna dolegliwość?

D.M. Bardzo poważna. Jedną z odleżyn Paweł ma niezamkniętą od czterech lat.

P.M. W roku 2008 zabrałem dodatkowo wózek inwalidzki. Przypuszczam, że to jego brak na poprzedniej wyprawie spowodował powstanie odleżyn, bo wieczorem wprost z siodełka schodziłem do namiotu, rano wsiadałem i tak w kółko. Natomiast wózek inwalidzki pozwolił mi dodatkowo zmieniać pozycję.

A kule inwalidzkie?

P.M. Kubo! Ja jestem całkowicie sparaliżowany od brodawek w dół, więc nie mogę używać kul. Widzę własne nogi, lecz ich nie mam... Do kręgosłupa ośmioma śrubami przykręcono mi szynę, bez której „składałbym się” w miejscu złamania.

D.M. W zeszłym roku nie musieliśmy już zdobywać sprzętu, bo został nam cały dobytek z poprzedniej wyprawy. Wymieniłem tylko przyczepkę bagażową, bo pierwsza była zbyt słaba.

Czy z uwagi na Pawła musicie - pomijając wózek inwalidzki - zabrać dużo więcej ekwipunku?

D.M. Bardzo dużo! W ubiegłym roku mieliśmy ze sobą „cały szpital”, do tego właśnie potrzebna była przyczepa. W dniu wyjazdu znajdowało się w niej między innymi 240 cewników i 50 pampersów, czyli razem 17 kilogramów dodatkowego bagażu.

P.M. Tak dużo, bo muszę być cewnikowany co sześć godzin, a przewidywaliśmy, że wyprawa może potrwać dwa miesiące. Cewników nie można kupić bez recepty, więc musieliśmy zabrać cały zapas, na całą drogę.

D.M. Na wszelki wypadek miałem wykupione pełne ubezpieczenie medyczne, byłem przygotowany nawet na awaryjny transport Pawła do Polski.

No i musiałeś jeszcze przygotować się do medycznej obsługi Pawła.

D.M. To samo robię w domu, natomiast niecodziennym obowiązkiem na wyprawie było dla mnie gotowanie i rozbijanie obozu, bo podczas podróży tylko trzy noce przespaliśmy pod dachem, a pozostałe czterdzieści w namiocie.

A nie byłoby Wam wygodniej na kwaterach?

P.M. Kwatery są znacznie droższe i zazwyczaj nie w pełni przystosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych. Tylko namiot jest całkowicie pozbawiony wszelkich barier architektonicznych i daje poczucie absolutnej wolności oraz niezależności.

Czy w zeszłym roku odleżyny już się nie odnowiły?

D.M. Nie, po pierwsze dzięki temu, że na siedzeniu zamontowałem specjalną matę przeciwodleżynową, a po drugie, że - jak już Paweł mówił - zabraliśmy wózek. Udało nam się uniknąć błędów z roku 2007.

A udało Wam się dojechać na Nordkapp?

P.M. Na sam przylądek nie, ale tym razem byliśmy już bardzo blisko. 31 maja 2008 wyruszyliśmy z Siedlec do Tallina samochodem, aby drogi sprzed roku nie pokonywać na rowerach. Z Tallina popłynęliśmy promem do Helsinek, skąd rozpoczęła się nasza druga wielka podróż rowerowa. Przez Lahti, Oulu, Kemi dotarliśmy do miejscowości Rovaniemi, którą już tylko kilkanaście kilometrów dzieli od koła podbiegunowego. W Rovaniemi zdecydowaliśmy, że zawracamy na południe, ale jeszcze „na lekko” podjechaliśmy do Wioski Świętego Mikołaja, położonej dokładnie na kole.

A dlaczego nie pojechaliście dalej, na Nordkapp?

D.M. Bo po drodze spotkaliśmy kilka osób wracających stamtąd i wszyscy odradzali nam kontynuowanie podróży, gdyż na północy była wtedy fatalna pogoda. Z powrotem do Helsinek pojechaliśmy inną, dłuższą drogą - wzdłuż fińskiego wybrzeża Bałtyku, przeprawiliśmy się ponownie promem do Tallina, skąd już do samych Siedlec dojechaliśmy na rowerach. W sumie cała podróż trwała 43 dni, pokonaliśmy 4079 kilometrów, w tym 3114 na rowerach, a resztę samochodem i promem.

Gdzie wybieracie się w przyszłym roku?

P.M. Do grobu Jana Pawła II w Watykanie.

We dwóch, czy większą grupą?

P.M. We dwóch. My zawsze podróżujemy we dwóch, bo poza radością z wędrowania mamy też osobistą misję - udowodnić, że pomimo niepełnosprawności można realizować marzenia. Ja jestem normalnym człowiekiem, a inny mam tylko sposób poruszania się - wy, pełnosprawni przemieszczacie się chodząc, a ja siedząc. I to wszystko.

Jakub Terakowski


Powyższy wywiad został opublikowany w miesięczniku „Rowertour”. Nr 9/2009


PAWEŁ MICHALSKI ZMARŁ DNIA 22.12.2009


Strona główna