TRZECIA PRZECHADZKA
Tekst i zdjęcia: Kuba Terakowski


10.06.2006, Świnoujście - Międzywodzie
           Przyjeżdżam do Świnoujścia o godz. 8.30 i od razu ruszam w drogę. Chwilę później przychodzi SMS od Magdy, która wystartowała stąd przed tygodniem. Jest już w Darłówku, zostawia mi na kwaterze "sześciopak" z "Heinekenem". Skąd może wiedzieć, że nie piję piwa? Nie szkodzi, Ela i Viola wybierają się do Darłówka pod koniec lipca, zostawię im ten "browar" - one to lubią.
           O godzinie 9.15 wychodzę nad Bałtyk, jest słonecznie, błękitnie, wietrznie i pusto. Przez pierwszą godzinę mijam raptem dwie osoby, później - w miarę zbliżania do Międzyzdrojów - ludzi przybywa. Szybko orientuję się, że wrażenie, iż moje stopy są w bardzo kiepskiej formie, niestety nie było złudzeniem. Może to "pamiątka" po deszczowym Marszonie sprzed tygodnia?
           W Międzyzdrojach odparzenia dokuczają mi już bardzo poważnie. Mam czarne myśli. Czyżby koniec Przechadzki? Tak mi smutno. Przeszedłem dopiero kilkanaście kilometrów. Nie wiem co się stało. Cóż, albo mi przejdzie, albo się przyzwyczaję, albo uda mi się podleczyć kontuzję, albo... wrócę. I ta ostatnia ewentualność wcale nie wygląda najmniej prawdopodobnie.
           Stopy palą mnie coraz bardziej. Nie zatrzymuję się w knajpce, w której podczas Pierwszej Przechadzki jedliśmy z Piotrem pyszny żurek. Omijam molo, które odwiedziliśmy z Michałem przed rokiem. Szybko mijam Międzyzdroje.
           O godz. 13.45 jestem przy zejściu do Wisełki. Tu - podobnie jak poprzednio - chciałem nocować, jest jednak na to stanowczo za wcześnie. Kuśtykam dalej. O godz. 16.00 wchodzę (?) do Międzywodzia. Szukam kwatery "w ciemno", bo tu jeszcze nie spałem. Pierwsze podejście jest "spudłowane" - 40 zł. Jestem zmęczony, lecz nie aż tak, by tyle płacić. Wiem, że samotna osoba, na jedną noc jest finansowo nieatrakcyjna dla właścicieli kwater ale szukam dalej, co innego mogę począć? Obok jeszcze nie wynajmują. Trafiam za trzecim razem - proponuję 20 zł i dostaję sympatyczny, niezależny pokoik z łazienką, telewizorem oraz tarasem.
           Smaruję stopy kremem rekomendowanym przez Elę. Jeżeli ta maść nie postawi moich nóg na... nogi, to niebawem zakończę Przechadzkę. W takim stanie nie przejdę 370 km. Równie złej formy nie miałem na mecie żadnego etapu poprzednich Przechadzek. Na wszelki wypadek proszę Elę o sprawdzenie czy kursuje już autobus z Pobierowa do Zakopanego (przez Kraków). Cóż, najważniejsze, że znowu jestem nad morzem. Dobrze mi tu, nawet gdy mi źle.

11.06.2006, Międzywodzie - Pobierowo
           Czuję się wyraźnie lepiej niż wczoraj, lecz trudno to porównywać, bo dzisiaj przeszedłem niewiele ponad połowę wczorajszego dystansu i noc - w przeciwieństwie do poprzedniej - przespałem wygodnie. Ale po kolei.
           Wyruszam o godz. 8.00. Tuż po 10.00 jestem w Dziwnówku. Msza, którą sprawdziłem w Internecie, rzeczywiście będzie za niecałe pół godziny, poczekam. Dzwoni Andrzej, jest na Babiej Górze, też ma tam sporo słońca, ja mam nawet nieco zbyt wiele, więc z przyjemnością wchodzę w cień kościoła. A z Dziwnówka do Pobierowa wędruję przyjemnym chłodem uroczej, dobrze mi znanej leśnej ścieżki. I oczywiście zatrzymuję się na znajomej ławce w Łukęcinie.
           Kawałek dalej, w miejscu gdzie czerwony szlak schodzi niepostrzeżenie z drogi głównej, zastanawiam się, jak ktoś nie znający trasy ma zorientować się, że powinien skręcić? Nie anonsuje tego żaden znak.
           O godz. 14.00 wchodzę do Pobierowa, jest bardzo wcześnie ale zostanę tu na noc. I tak - zgodnie z harmonogramem - tutaj miał skończyć się drugi etap Przechadzki, a chętnie dam odpocząć nogom, może poniosą mnie dalej? Trochę szkoda mi słonecznej pogody, ale wiem, że w deszczu mogę iść, a na odparzonych stopach nie pójdę, więc wybór jest dość oczywisty.
           A poza tym mam w Pobierowie sprawdzoną, bardzo miłą kwaterę. To tutaj podczas Drugiej Przechadzki, gospodyni zaskoczyła mnie pamiętając, że nocowałem u niej podczas Pierwszej. Tym razem nie tylko rozpoznaje mnie bez problemu, lecz wręcz spodziewa się, bo przed tygodniem Magda zaanonsowała moje przybycie.
           O godz. 21.00 przenoszę się do innego pokoju, bo sąsiedzi słuchają radia tak głośno, że nie miałbym szans zasnąć w tym hałasie.

12.06.2006, Pobierowo - Dźwirzyno
           Uwielbiam wczesne, słoneczne poranki w nadmorskich kurortach. Pobierowo jest jeszcze całkiem senne gdy wychodzę o wpół do ósmej. Rewal o dziewiątej dopiero budzi się powoli.
           Między Pogorzelicą, a Mrzeżynem czerwony szlak według mapy prowadzi przez las. Dobrze byłoby nie wychodzić z cienia drzew, bo upał jest ciężki. Niestety - mapa swoje, a szlak swoje. Za pierwszym razem utknęliśmy tu z Piotrem we wrzosowiskach i musieliśmy na przełaj zejść nad Bałtyk. Przed rokiem - z Michałem - w ogóle nie próbowaliśmy "przebijać się" przez las i cały ten odcinek pokonaliśmy idąc wzdłuż morza. Tym razem docieram aż do wartowni, gdzie żołnierz każe mi zawrócić. Trudno, pójdę w słońcu - plażą. Zmieniam spodnie na lżejsze, zamiast podkoszulka ubieram koszulę z długim rękawem oraz kołnierzem osłaniającym kark, "wsiadam" na kije i "frunę" po linii przyboju na wschód.
           Przez godzinę plaża jest aż po horyzont wyłącznie moja, potem mijam trzy osoby i znowu przez pół godziny nie widzę nikogo. Bałtyk jest cudownie spokojny, piasek doskonale ubity sam "niesie", lekki wiatr w plecy, wielki błękit nad głową i potężne słońce z boku. Czego chcieć więcej? Humor psuje mi tylko ustawiony na plaży spory "zagajnik" z połamanych, grubych gałęzi sosnowych. Ktoś zniszczył kilka drzewek, by na chwilę zrobić sobie parawan...
           W Mrzeżynie jestem o godz. 13.00. Stanowczo za wcześnie na finisz etapu, chociaż znam tu bardzo miłą kwaterę, tuż obok której przechodzę. Nie omijam natomiast obojętnie smażalni "U Rybaka". Właściciele pamiętają mnie z poprzednich Przechadzek, a ja nie zapomniałem smaku wyśmienitego mintaja, który serwują. Tym razem wydaje się jeszcze lepszy! Żegna mnie mój ulubiony utwór Lily was here, Candy Dulfer.
           Chcę drogą leśną dojść do Dźwirzyna, lecz w Rogowie ścieżka zmusza do zejścia na plażę. Nic to, zakładam "lustrzanki", ubieram czapkę typu furażerka daszkiem do tyłu - co musi wyglądać durnie, lecz chroni kark przed słońcem i odlatuję. Odlatuję, chociaż idę powoli. Odlatuję, bo taki marsz brzegiem morza działa na mnie jak narkotyk. Myślę, że "bałtyccy długodystansowcy" dobrze znają to uczucie.
           Chwilę po godz. 16.00 wchodzę do Dźwirzyna. Tym razem nie omijam straganu z krówkami, bo zauważyłem pyszne - "makowe", a właśnie skończyły mi się "żywieckie", które zabrałem z Krakowa. Dość długo szukam noclegu, doskonała pogoda i nadchodzący długi weekend zatłoczyły nadmorskie kurorty. Poza tym "przedobrzyłem" - chciałem wynająć lokum na końcu miejscowości (by nazajutrz mieć bliżej do "wyjścia"), a tam są głównie ośrodki wczasowe. W konsekwencji muszę wrócić do centrum. Tu już bez problemu znajduję przytulny pokój z łazienką i telewizorem za 25 zł (utargowane z 30 zł) w typowym "wielopaku". Od frontu jest to zwykły, dość niepozorny dom. Od tyłu dobudowaną ma duży segment dla gości, a na podwórku stoi osobny budynek z "komórkami" do wynajęcia. Cała ulica tak wygląda.
           Aż trudno uwierzyć, że wypiłem dzisiaj blisko 6 litrów płynów, ale w takich temperaturach wszystko wyparowuję błyskawicznie.

13.06.2006, Dźwirzyno - Sarbinowo
           Dzisiaj "zrzuciłem" ponad 40 kilometrów. Zamierzałem wprawdzie nocować na znajomej kwaterze w Ustroniu Morskim, lecz byłem tam tuż po godz. 13.00, więc poszedłem dalej - do Sarbinowa.
           A wyruszyłem w drogę jeszcze wcześniej - przed wpół do ósmej. Cudne są te słoneczne poranki w uśpionych kurortach. Do Kołobrzegu wędrowałem leśną ścieżką, korzystając z chłodnego cienia drzew. Dalej - znajomą ścieżką rowerową. Paranoja turystyczna trwa tam niezmiennie - wejścia na czerwony szlak bronią dwa znaki: "droga tylko dla rowerów" oraz "pieszym wstęp wzbroniony". Ani myślę podporządkowywać się temu absurdowi.
           W Podczelu waham się nad wyborem drogi. Na poprzednich Przechadzkach skręcaliśmy tu w głąb lądu, tak jak prowadzi szlak turystyczny. Z mapy wynika, że manewr ten służy ominięciu terenu budowy centrum rekreacyjnego. Nie uśmiecha mi się jednak kilkukilometrowy marsz w pełnym słońcu, po rozgrzanych płytach starego lotniska wojskowego - bo właśnie tamtędy prowadzą znaki. Wyglądam zatem nad Bałtyk i aż po horyzont nie widzę żadnej przeszkody, więc ruszam plażą na wschód.
           W Kołobrzegu nie kupiłem wody mineralnej (zamierzałem wstąpić do sklepu w Podczelu) - to błąd, bo słońce grzeje potężnie, ale przy samym brzegu morza wieje miła bryza. Piasek jest twardy, pogoda doskonała, idzie się świetnie.
           W Unieściu uzupełniam zapas wody i wracam na plażę. Jeszcze na moment zatrzymuję się pod latarnią w Gąskach i przed godz. 17.00 jestem w Sarbinowie. Kwaterę znajduję za pierwszym "podejściem", chociaż na początku gospodyni mocno się waha. Rozumiem ją, bo skąd może wiedzieć kogo wpuszcza do domu? Szybko jednak oswajamy się wzajemnie. Wynajmuję miły pokoik ze wspólną łazienką za 25 zł. Podobno już kilkakrotnie nocowali tu "bałtyccy długodystansowcy" - rowerzyści oraz piesi.

14.06.2006, Sarbinowo - Darłówek
           Budzę się o 5.00. Nie powiem, że jestem wyspany, ale czuję, iż już nie zasnę. Na wieczór zapowiadają burze, więc może warto wyruszyć wcześniej? Wychodzę zatem już o 6.30. Sarbinowo o tej porze jest wprost magiczne, niesamowite są Chłopy gdy mijam je o 7.00.
           Tuż przed godz. 8.00 wchodzę do Mielna i natychmiast - zgodnie z umową - dzwonię do komendanta poligonu Wicko Morskie. Niestety, tym razem nie przejdę plażą odcinka od Jarosławca do Ustki, bo strzelania rozpoczynają się pojutrze i trwają kilka dni. A jeszcze przed tygodniem zapewniano mnie, że w długi weekend nie będzie ćwiczeń. Cóż, może gdybym wiedział o zmianie planów, to drugiego dnia Przechadzki nie zatrzymałbym się tak wcześnie na nocleg, a przez kolejne próbowałbym dojść jeszcze kawałek dalej? A może gdybym wydłużył drugi etap, to w ogóle nie doszedłbym tutaj? Przecież czułem się wtedy kiepsko. Cóż, nie ma tego złego... bo omijając poligon poznam drogę, którą jeszcze nie wędrowałem.
           W Unieściu zaglądam do znajomych gospodarzy. Mówią, że kilka dni temu Magda pytała ich o nocleg, lecz z powodu remontu nie mogli jej przyjąć. Mówią też, że ostatnio coraz częściej widują "długodystansowców" - zazwyczaj na rowerach, ale pieszych także. Po kilkunastu minutach ruszam dalej.
           O tej porze dnia słońce jeszcze świeci mi w twarz (później przesuwa się za plecy), a dzisiaj pali bezlitośnie, więc wybieram nieco zacieniony wariant asfaltowy. W Łazach schodzę nad Bałtyk. Wieje tu tak przyjemnie, że upał przestaje być dokuczliwy. Wiatr w plecy, ubity piasek, plaża pusta po horyzont - sielanka. Spotykam tylko rowerzystę, "długodystansowca". Akurat tutaj musi pchać rower, bo na tym odcinku mierzei nie ma drogi, a jednoślad obciążony sakwami zbyt głęboko zapada się w piach, by po nim jechać. Miły, starszy pan jest w drodze od trzech dni. Wyruszył z Gdyni, zmierza do Świnoujścia, a stamtąd - też na rowerze - do domu, gdzieś na południu Polski.
           Do Dąbkowic wchodzę w samo południe. Odpoczywam na znajomej ławce - huśtawce. Kanapki wyjęte z plecaka są jak podgrzane w "mikrofalówce", dobrze, że dzisiaj zrezygnowałem w wędliny (zazwyczaj, na drogę przygotowuję sobie dwie bułki z serem i suchą kiełbasą). Woda mineralna też jest ciepła, cóż ważne, że jest, bo w Dąbkowicach nie ma sklepu. W taki upał nawet ciepła woda smakuje doskonale. Zastanawiam się jednak nad odwróceniem sposobu pakowania plecaka, tak by butelkę z wodą mocować od strony cienia, a schnące pranie - od strony słońca (o żadnej porze dnia nie mam go z lewej strony).
           Rozmawiam z właścicielem jedynej prywatnej kwatery w tym przysiółku. Poza nią, w Dąbkowicach są jeszcze dwa sezonowe ośrodki wypoczynkowe, zaplombowany budynek Urzędu Morskiego w Słupsku i jeden dom mieszkalny. W sumie zameldowane są tu trzy osoby.
           Sześć kilometrów do Dąbek mija niepostrzeżenie. Idę wąską, asfaltową drogą leśną (zamkniętą dla ruchu). Jest pięknie.
           Z Dąbek do Darłówka też próbuję iść lasem. Zaczyna się niewinnie - wygodna ścieżka prowadzi równolegle do morza. Po kwadransie trafiam na chodnik, z lewej strony widzę wyjście na plażę, z prawej zakręt, za którym chodnik wydaje się prowadzić nadal wzdłuż wybrzeża. Aliści powoli i niepostrzeżenie odsuwa się (i mnie) od brzegu - prowadzi do Bobolina. Nie wracam z powrotem, chociaż pewnie tak byłoby najszybciej. Idę przez wieś, a droga cały czas oddala się od Bałtyku. Na pocieszenie kupuję sobie krówki, pierwsza na odwrocie papierka ma napis "jak mnie znalazłeś?" Cóż, to dość długa historia...
           Wykorzystuję pierwszy skręt za miejscowością, by jednak wyjść nad wodę. Udaje mi się, lecz "zapłaciłem" za to dodatkowymi dwoma - trzema kilometrami "frycowego".
           Ruszam plażą w stronę Darłówka i po raz trzeci stwierdzam, że plaża na tym odcinku jest wyjątkowo nieprzychylna pieszym. Grząski, na przemian gruby piach i drobny żwirek, skutecznie utrudnia ruchy, chwilami mam wrażenie, że "buksuję" w miejscu. Wyciągam kijki i natychmiast czuję różnicę - może niezbyt szybko, lecz jednak posuwam się we właściwym kierunku. Pomaga mi wiatr w plecy (statystycznie najwięcej wiatrów nad naszym morzem wieje na wschód - to między innymi dlatego idę w tym kierunku) i Bałtyk, który jest tak spokojny, że pozwala wykorzystać względnie twarde podłoże na samej linii przyboju. Od Bobolina do Darłówka nie spotykam nikogo.
           Idę na znajomą kwaterę, gospodarze poznają mnie i przyjmują życzliwie. Przekazują też piwo zostawione przez Magdę. Proszę o przechowanie "promili" dla Eli i Violi, które będą tu w lipcu. Zawiadamiam, o wszystkim Magdę - jest już w Łebie.
           Oglądam mecz Polska - Niemcy. Kto mnie zna, ten w to nie uwierzy, bo przecież z trudem odróżniam piłkę nożną od hokeja na trawie, a Otylię Jędrzejczak od Małysza... Wydaje mi się, że - pomimo miażdżącej przewagi przeciwników - mecz wygrywa ten samotny zawodnik z gwizdkiem...
           Niebo zasnuwa się powoli.

15.06.2006, Darłówek - Jarosławiec
           Po trzech etapach "ostrych", ten miał być dzień rekreacyjny - raptem kilkanaście kilometrów. Cóż, chyba wolałbym zrelaksować się sunąc dalej wzdłuż Bałtyku... Ale po kolei. Zaczęło się niewinnie - od prognozy pogody - w Boże Ciało (czyli dzisiaj) na żadną procesję w Polsce nie spadnie kropla deszczu. Moja wina, bo wystartowałem o 8.00 - za wcześnie na uroczystości kościelne. Kwadrans później zaczęło lać. Pomimo to pozostałem wierny swoim planom, a postanowiłem, że zamiast wędrować dobrze mi znaną mierzeją Jeziora Kopań, pójdę dookoła tego zbiornika - zielonym Szlakiem Wiatraków. I to był błąd.
           W połowie okrążenia, wygodna droga polna utknęła niespodziewanie w rozległej kępie krzewów. Sprawdzam z lewej strony: trawa po pas i ani śladu ścieżki, sprawdzam z prawej - tak samo. Jeszcze raz z lewej - nic, z prawej - hmmm..., coś jak gdyby niteczka wydeptanej trawy. Idę zatem na prawo bo kierunek jest słuszny. Po kilku krokach zawracam - na tak mokrej łące nieprzemakalne są tylko wodery. Sprawdzam na mapie - mam do wyboru albo duże okrążenie przez Palczewice, albo zielony szlak, który powinien prowadzić gdzieś tędy. Ponownie próbuję odszukać szlak, znowu sonduję kępę, w której urwała się droga. Bezskutecznie. Raz jeszcze staram się ominąć krzewy z prawej strony, lecz tym razem już nie zawracam - bo czy mogę być bardziej mokry?
           Okazuje się, że mogę - już po kilkudziesięciu krokach jestem przemoczony do pasa. Chwilę później "puszczają" mi buty. Brnę dalej, miejscami trawa ma metr wysokości, już mi wszystko jedno - byle tylko nie wynieść stąd kleszczy. Z trudem przeprawiam się przez ujście strugi o nazwie Rudzień i po drugiej stronie trafiam na wyraźną polną drogę. Skręcam w stronę zbiornika i po chwili wychodzę na... zielony szlak, który jak gdyby nigdy nic prowadzi sobie brzegiem Jeziora Kopań! Skąd się tu wziął? Jak ominął pechową kępę? Sprawdzę to następnym razem (o ile kiedyś tu wrócę), lecz pod warunkiem, że będzie sucho.
           Tymczasem przestało padać, ja jednak jestem już prawie cały mokry. Chlupie mi w butach, wyżymam skarpety - po raz pierwszy od czasów licealnych, gdy jeszcze nosiłem pionierki. Teraz idę wprawdzie w ciężkich, górskich "Asolo" z goretexem, ale cudów od tego obuwia wymagać nie mogę. W Wiciu zmieniam skarpety i prowizorycznie - ekspresowo suszę buty. Przeznaczam na to całą rolkę papieru toaletowego. Cóż, pakując go nie przypuszczałem, że zostanie zużyty w ten sposób...
           Dalej - dla równowagi - idę po betonowym pasie nieczynnego lotniska wojskowego, tu deszcz moim butom nie zagraża, tym bardziej, że przez chmury zaczyna przebijać się słońce. Dzisiaj ogóle nie wyszedłem na plażę, wieje tam strasznie i w "złym" kierunku.
           O wpół do drugiej jestem w Jarosławcu. Meta? Już? Czuję niedosyt, ale dalej nie pójdę - muszę wysuszyć buty. Żałuję, że trochę zmarnowałem ten dzień rekreacyjny, tym bardziej, że czuję się świetnie, więc chyba mógłbym bez problemu dojść dzisiaj do Ustki - i to przez poligon, bo strzelania zaczynają się jutro. Cóż, niczego już nie zmienię.
           Sprawdzam msze - przecież dzisiaj Boże Ciało - niestety, jedyna (poza sezonem) odprawiona została o 9.00. Dzwonię do domu ze znajomej budki - jedynej na trasie, przy której ławka stoi tak blisko, że można rozmawiać na siedząco. Ławki nie ma... Może dość tej wyliczanki? Ważne, że budka nie znikła.
           Dzwonię też do leśniczego z Orzechowa, gdzie zamierzam nocować jutro. Potwierdza zgodę na przekazanie mi klucza od budynku (teraz nikt tam nie mieszka), jednak najwygodniej byłoby mu spotkać się ze mną w Ustce, jutro przed godz. 15.00. Postaram się zdążyć.

16.06.2006, Jarosławiec - Orzechowo
           Wychodzę już o 6.30. Mijam urocze, uśpione Łącko. Idę cały czas czerwonym szlakiem, tak jak okrąża poligon. Wytyczony jest tu bardzo przyjemnie, wprawdzie wiele odcinków prowadzi po asfalcie, lecz są to puste, boczne drogi, wiodące przez łąki, śródpolne zagajniki oraz szpalery drzew. Na głównych trasach pobocze jest koszone, tutaj wysokie trawy, a nawet krzewy dosłownie wchodzą na asfalt. Ledwie zdążyłem o tym pomyśleć, gdy... minęła mnie kosiarka, kładąca pas traw wzdłuż drogi.
           W Wąwozie Zaleskim mijam znak granicy województw - żegnam zachodniopomorskie, witam pomorskie. Zauważyłem, że znaki prowadzą tu trochę inaczej niż na mapie - częściej wchodzą na asfalt, lecz omijają poligon znacznie mniejszym łukiem, wiodąc najkrótszą sensowną drogą. Tutaj też po raz pierwszy czerwony szlak wchodzi tak daleko w głąb lądu, że na moment znika poza marginesem mojej mapy (korzystam z zestawu "Wybrzeże Bałtyku", wydawnictwa "Eko - Graf", w skali 1 : 50.000).
           Dochodzę do skrzyżowania przy głównej drodze. Stoi tu tablica z napisem "Ustka 11 km", lecz znaki skręcają w boczną uliczkę, wyraźnie oddalając się od celu. Wybieram jednak wariant turystyczny, nie mam ochoty na spalinowe "inhalacje", za to chętnie zobaczę dalszy ciąg szlaku.
           Po trzech kilometrach wchodzę do Starkowa - uroczej, maleńkiej wioski, leżącej na terenie tzw. "krainy w kratę" (nazwa pochodzi od specyficznego przeplatania elementów drewnianych i murowanych w konstrukcji ścian domów). W Starkowie wita mnie Candy Dulfer i jej Lily was here. Miło wiedzieć, że Lily tutaj też była, ostatni raz na jej ślad trafiłem w mrzeżyńskiej smażalni "U Rybaka". Pytam młodego ("na oko" ośmioletniego) mieszkańca Starkowa o sklep spożywczy. Po długim namyśle odpowiada, że obok remizy jest jeden sklep, ale nie spożywczy. Hmmm... na wszelki wypadek sprawdzę, nie spodziewam się tu księgarni... Kupuję swój ulubiony sok z czarnej porzeczki, pod nakrętką jest napis "wyjdź sobie naprzeciw". Cóż, mam wrażenie, że od blisko tygodnia nie robię nic innego...
           Za Starkowem szlak skręca w uroczą polną drogę. Jest magicznie. Świeci słońce, wieje wiatr, śpiewają skowronki, trznadle i makolągwy. Za Wodnicą czerwony szlak znowu prowadzi inaczej niż na mapie - znacznie ciekawiej, bo przez rezerwat "Buczyna nad Słupią". Natomiast sama przeprawa przez Słupię zakrawa na turystyczną paranoję jeszcze cięższego kalibru niż kołobrzeska. W poprzek ścieżki, którą prowadzą czerwone znaki i szlak rowerowy przeciągnięta jest taśma, a na środku stoi plansza TEREN BUDOWY - WSTĘP WZBRONIONY! Obejścia nie wyznaczono. Na szczęście zjawia się tubylec, który nie tylko wyjaśnia, że właśnie wymieniany jest mostek dla pieszych, ale wskazuje też kładkę, pozwalającą mi przejść na drugi brzeg.
           Tuż po godz. 14.00 odbieram klucz od leśniczego i zmierzam w kierunku Orzechowa. Nogi zaczynają mi niepokojąco dokuczać. O 16.00 jestem w leśniczówce. Zdejmuję buty, ściągam skarpety i... własnym oczom nie wierzę - od kostek w dół całe stopy pokryte mam dziwną wysypką. W życiu czegoś podobnego nie widziałem. Czy to tak zwana "asfaltówka", na którą narzekają pielgrzymi? A może efekt dziewięciu godzin marszu w wilgotnych butach, które nie wyschły od wczoraj?
           Leśniczówka jest chwilowo opuszczona (czeka na remont), lecz mam wodę, prąd i przytulny kąt do spania - wszystko, czego potrzebuję. Słoneczne popołudnie - podobnie jak przed rokiem - mija niepostrzeżenie. Tyle, że tym razem jestem sam. Chwilami mi z tym lepiej, chwilami gorzej - w sumie dobrze i cieszę się, że po dwóch Przechadzkach z przyjaciółmi, wybrałem się indywidualnie, lecz następnym razem (o ile będzie) wolałbym mieć towarzystwo.
           Chwilę po moim przyjściu pojawia się znajoma, czarna kotka, głośno domagając się nakarmienia. Widzę, że ma młode. Mam nadzieję, że nie dostanie się do gniazda muchołówek, uwitego przy samym wejściu (znak, że rzadko tu ktoś bywa). Sam muszę zrezygnować ze sjesty na schodkach przed leśniczówką, bo ptaki są tak zaniepokojone moją obecnością, że nie ośmielają się wrócić do wysiadywania jajek.
           Dzisiaj znowu nie wyszedłem nad Bałtyk.

17.06.2006, Orzechowo - Las Smołdziński
           I dzisiaj także nie zszedłem na plażę, całą drogę wędrowałem czerwonym szlakiem. Stopy dokuczają mi od samego początku, to chyba konsekwencja niefortunnych poszukiwań ścieżki wokół Jeziora Wicko. Zauważyłem dziwne zjawisko. Otóż ból czuję zazwyczaj na przemian, to w lewej, to w prawej stopie, a tylko sporadycznie w obu równocześnie. Tak, jak gdyby słabsze doznania były tłumione przez mocniejsze.
           Chwilę po starcie zaczyna padać, chmury kłębią się groźnie, grzmi. Wyciągam pelerynę, by mieć ją pod ręką w razie konieczności szybkiego ubrania. Ulewa przechodzi jednak bokiem, więc w zupełności wystarcza mi parasol. Komary gryzą jak opętane, nie sposób opędzić się przed nimi. W marszu można jeszcze wytrzymać, lecz mowy nie ma o zatrzymaniu. Odpoczywam dopiero w Rowach.
           Robię tu też zakupy już z myślą o dzisiejszej mecie w Lesie Smołdzińskim, bo z przykrego doświadczenia wiem, że na tamtejszy sklep nie zawsze można liczyć (tym razem będzie otwarty). Pytam też o aptekę, chciałbym kupić płyn przeciw komarom. Nie ma. W Rowach nie ma apteki! Trudno, znajduję jakiś preparat w kiosku, chociaż nie bardzo wierzę specyfikom tam sprzedawanym.
           Wchodzę w las, zaczyna lać, tym razem tak mocno, że zakładam pelerynę. Na szczęście nie na długo. Ledwie deszcz osłabł, a dopadła mnie chmara komarów, tylko na bagnach biebrzańskich widziałem ich więcej. Zatrzymuję się by sięgnąć po płyn odstraszający, obsiadają mnie natychmiast, powietrze dookoła robi się szare i bzyczące, gryzą jak nieprzytomne, koszmar! Pryskam na ręce, kark, szyję i... własnym zmysłom nie wierzę! Komary znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie widzę ani jednego, zaczynam wątpić czy w ogóle były... Świat jest piękny! Ten płyn sprawił, że nawet nogi mniej mnie bolą... Napiszę, a co mi tam, jestem tak wdzięczny za skuteczność preparatu, że pozwolę sobie na jawną... kryptoreklamę. Ten magiczny płyn nazywa się "Bros". I pewnie wcale nie jest lepszy od innych...
           Komary przypominają mi przewrotny dylemat z zeszłego roku. Otóż w parku narodowym nie wolno zwierząt dokarmiać (a żaden regulamin nie wyłącza owadów z tego zakazu), nie można ich też płoszyć, o zabijaniu nie wspominając. Czyli reasumując - nie wolno tu opędzać się od komarów (aby ich nie płoszyć), nie wolno ich "tłuc", ale nie można im też pozwolić na pożywianie się naszą krwią. Co począć? Uciekać? A poważniej - rzeczywiście staram się nie zabijać komarów (również poza parkiem narodowym), lecz je odganiam. Bo co one winne, że muszą gryźć? Tak stworzyła je natura. Nie mają świadomości, że robią mi krzywdę.
           Natomiast pełną świadomość działania wbrew prawu ma wędkarz, łowiący ryby w Jeziorze Dołgie Małe. Zapytałem, czy wie, że tutaj nie wolno? Wie, lecz nonszalancko lekceważy ten zakaz. Szkoda, że przy wejściu nie zanotowałem numeru telefonu Straży Parku.
           W Lesie Smołdzińskim "jak po sznurku" wędruję na znajomą kwaterę, ledwie przekraczam próg zaczyna lać. Tutaj też nocowała idąca przede mną Magda. Gospodyni nie chce pieniędzy za nocleg. Nie zgadzam się, czułbym się fatalnie nie płacąc, przecież oni żyją z wynajmowania pokoi. "Wytargowuję" 15 zł. Stopy dokuczają mi nieprzyjemnie, chyba poważnie zaszkodził mi tamten dzień rekreacyjny. Dzisiaj byłbym już w Łebie. Chociaż... skąd ta pewność? Nie mogę wiedzieć, czy inna decyzja byłaby lepsza.
           Zauważyłem tutaj wyjątkowo dużo samochodów na krakowskich numerach. To - w jakiś irracjonalny sposób - miłe, chociaż wczoraj, w Ustce, właśnie kierowca z Krakowa próbował mnie zabić na przejściu dla pieszych.
           Brak towarzystwa wyraźnie zwiększył objętość moich notatek. Na metach poprzednich Przechadzek więcej czasu przeznaczałem dla przyjaciół. Teraz popołudniami absorbują mnie notatki, a dopiero pośrednio kilka osób, które - mam nadzieję - czytać będą tę kronikę. No i przez ten tydzień, który minął obejrzałem więcej filmów w telewizji, niż przez resztę roku (w domu nie mam telewizora).

18.06.2006, Las Smołdziński - Łeba
           Miłe są wszystkie moje kwatery na trasie Przechadzki, lecz ta w Lesie Smołdzińskim to jedna z dwóch ulubionych, nocuję tutaj po raz trzeci (na kwaterę następną w tym rankingu idę dzisiaj - do Łeby). Tak mi tu dobrze, że "zasiedziałem" się do... 8.30
           Na chwilę opuszczam czerwony szlak, omijam Wydmy Czołpińskie, są piękne, chętnie zobaczyłbym je znowu, lecz jest tutaj jeszcze szlak czarny, którego nie znam. Z mapy wynika, że prowadzi przez Górę Czołpińską nad morze. Wszystko się zgadza, tyle że teraz znaki są tu niebieskie. Szlak też jest ładny, chociaż nie aż tak uroczy jak czerwony.
           Schodzę nad Bałtyk po raz pierwszy od trzech dni. Idzie się doskonale, piasek w strefie przyboju jest dobrze ubity, wiatr wieje w plecy, temperatura idealna - bajka! I znowu, od wyjścia z domu w Lesie Smołdzińskim, przez ponad trzy godziny wędrówki nie spotykam nikogo! Jestem sam pod latarnią morską, sam na wydmach, sam na plaży. A przecież jest czerwiec, długi weekend, szlak turystyczny, przychylna pogoda. Czy są jeszcze jacyś ludzie na tej planecie? Są! I to ile! Prawie wszyscy oblegają dzisiaj Górę Łącką. Omijam ją dołem, bo na wierzchołku chyba się nie zmieszczę.
           Zaczyna kropić, więc czmycham do wiaty, która stoi dokładnie tu, gdzie teraz powinna. Jakaś pani ucieka spod dachu w deszcz, czyżby na mój widok? Cóż, może powinienem się ogolić? A jednak to nie mój zarost jest przyczyną paniki. Niewiasta w biegu ostrzega mnie, że komary nie pozwalają zatrzymać się tu nawet na moment. Komary? Jakie komary? Od wczoraj nie widziałem ani jednego, smaruję się repelentem i spokojnie czekam na rozpogodzenie.
           W Rąbce właściciel busa proponuje mi podwiezienie do Łeby. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że dziękuję, lecz nie po to idę, aby jechać.
           Wspomniałem, że kwatera w Łebie należy do moich ulubionych, ale takiego powitania nie mogłem się spodziewać. Na dzień dobry dostaję pyszny, domowy, dwudaniowy obiad.
           Na 17.00 idę do kościoła (dzisiaj jest niedziela), po drodze dostaję SMS od Magdy - właśnie doszła na Hel. Gratuluję!
           Przypadkowo dowiaduję się, że gospodarz kwatery pracuje w Urzędzie Morskim i ma fotografie świetnie pasujące do tekstu o mierzejach, który przygotowuję dla magazynu "Bałtyckie Podróże". Wieczór spędzamy przy komputerze, wybierając najlepsze ujęcia.

19.06.2006, Łeba - Białogóra
           Z mapy wynika, że ścieżka rowerowa prowadząca przez Mierzeję Sarbską jest tylko nieznacznie krótsza, niż szlak wiodący południowym brzegiem jeziora. Wybieram zatem szlak, bo traktem rowerowym wędrowałem już dwukrotnie. Początkowo wszystko się zgadza - idę malowniczą, słoneczną, leśną ścieżką, a za drzewami od czasu do czasu miga woda. Wkrótce jednak okazuje się, że szlak - wbrew mapie - skręca w głąb lądu. Czerwone znaki prowadzą przez Sarbsk i Ulinię, ta pętla to dodatkowe trzy - cztery kilometry.
           Na pierwszy dłuższy postój zatrzymuję się pod latarnią Stilo. Niby lubię to miejsce, a jednak nie umiem zapomnieć, że to właśnie tutaj ukradziono Bogusiowi plecak, podczas Pierwszej Przechadzki.
           Schodzę nad Bałtyk, przede mną około 15 km marszu po plaży. Odcinek od Stilo do Białogóry jest - moim zdaniem - jednym z najładniejszych na polskim wybrzeżu i jest to jeden z dłuższych etapów stricte "plażowych" na trasie Przechadzki.
           Do Lubiatowa spotykam kilka osób, później plaża aż po horyzont należy tylko do mnie. Piasek jest tu olśniewająco jasny, a niebo niebiańsko niebieskie. Słońce przyjemnie grzeje w plecy, lekki wiatr orzeźwia doskonale - sielanka absolutna. Skuszony deskąą położoną na dwóch pojemnikach wyrzuconych przez morze, kładę się i zasypiam na pół godziny. W efekcie dopiero (?) o 16.45 schodzę z plaży. Wreszcie jakaś w miarę "przyzwoita" pora na zakończenie etapu. Te wszystkie finisze około godz. 14.00 wywoływały we mnie uczucie niedosytu. Zauważyłem, że sam idę szybciej niż z przyjaciółmi na poprzednich Przechadzkach oraz mniej i na krócej się zatrzymuję. No i tym razem wielokrotnie wyruszałem w drogę dobrze przed godz. 8.00, a poprzednio prawie nigdy nie startowaliśmy wcześniej.
           Znajoma kwatera jest zamknięta, nie ma gospodarzy. Są jednak goście, od których dowiaduję się, że właściciele wyszli tylko na moment, a wolnych miejsc nie brakuje, więc czekam, gdyż miło wspominam ten dom. Nie mija kwadrans i jestem zakwaterowany.
           Dzisiaj już nie muszę robić prania. To, co mam powinno mi wystarczyć do końca Przechadzki.

20.06.2006, Białogóra - Władysławowo
           Na popołudnie zapowiadane są burze, więc znowu wychodzę "przed czasem" - o siódmej. Nawet nie zadaję sobie trudu by w Białogórze szukać czerwonego szlaku, z doświadczenia wiem, że to niewykonalne. Idę na pamięć, w stronę stadniny koni i kempingu "Białogóra". Po dwudziestu minutach trafiam na pierwsze znaki szlaku, pojawiają się ni stąd, ni zowąd.
           Piękna jest ta chłodna, zielona, słoneczna, rozmigotana droga przez las. Za ujściem Piaśnicy szlak skręca w prawo, do Żarnowca. Żegnam się z czerwonymi znakami, które wiodły mnie tu od Świnoujścia.
           Mijam senne jeszcze Dębki i wychodzę nad Bałtyk, przede mną następny odcinek czystej, jasnej plaży. Schodzę z niej jednak już przy pierwszej okazji w Karwieńskich Błotach, bo tutaj po wydmie, równolegle do Bałtyku, prowadzi przepiękna droga, z rewelacyjnym widokiem na morze po lewej i dębowym lasem po prawej stronie.
           W Karwi upewniam się czy kursuje już autobus do Zakopanego, którym zamierzam wracać pojutrze.
           Do ujścia Czarnej Wdy idę leśną ścieżką, wiodącą wzdłuż asfaltu. Trzeci raz nie popełnię tego samego błędu, nie zejdę nad Bałtyk tylko po to, by za moment "przebijać" się przez chaszcze do mostu na Wdzie. Wracam na plażę dopiero po przekroczeniu rzeki. Żar leje się z nieba, pierwszy raz w historii Przechadzek otwieram parasol by zasłonić się przed słońcem. Cóż, przecież zgodnie z francuskim pochodzeniem tego słowa, parasol służy właśnie do ochrony przed słońcem, natomiast przed deszczem osłania "parapluj".
           Kolejny przechadzkowy rekord pada w Jastrzębiej Górze - nigdzie na plaży (no, może pomijając Kołobrzeg) nie widziałem dotychczas takiego tłumu. Aż strach pomyśleć, co dziać się tu będzie za kilka dni - wszak w sobotę rozpoczynają się wakacje. Nieprzypadkowo harmonogram Przechadzki przewiduje finisz przed końcem roku szkolnego.
           Plaża od Jastrzębiej Góry do Chłapowa jest piękna, lecz niezbyt przychylna pieszym (pomijając kilkaset metrów wygodnego falochronu), powoli brnę na wschód. Tutaj też ruch jest większy niż na poprzednich Przechadzkach. Chyba po raz pierwszy widzę ludzi w Wąwozie Chłapowski Rudnik.
           Pokój we Władysławowie postanowiłem wynająć na dwie noce. W ten sposób jutro "na lekko" - czyli tylko z niezbędnym ekwipunkiem - spróbuję dojść do Helu i wrócić tutaj koleją, a kwatera i bagaż będę na mnie spokojnie czekać. Na dworcu PKP sprawdzam pociągi z Helu, a na przystanku PKS zapisuję kursy do Karwi, gdzie zamierzam wsiąść w autobus powrotny do domu. Mógłbym wprawdzie przejść się stąd do Karwi, ale... chodzić? Nie chce mi się...
           Kwatera we Władysławowie ma kilka zalet. Jedna z nich ujawnia się moment po moim przyjściu. Otóż - jak zwykle na mecie etapu - zaczynam od herbaty. Już dymi w kubeczku, gdy uświadamiam sobie, że nie mam do niej nic słodkiego, słowem: nieszczęście... Następna myśl jest olśnieniem - przecież w tym samym budynku mieści się cukiernia! Herbata jest jeszcze gorąca gdy wracam z makowcem.
           W zeszłym roku, na prośbę dziewczyn szukałem we Władysławowie zmywacza do paznokci. Aby tradycji uczynić zadość, tym razem wybieram się po piwo "Bosman", zamówione przez Violę oraz ulubiony sok mojej Mamy - truskawkowy. Niestety, nie znajduję ani "Bosmana" (chociaż wielokrotnie widywałem to piwo w zachodniopomorskim), ani soku (kupiłem go kiedyś w Gdańsku - więc względnie blisko).

21.06.2006, Władysławowo - Hel
           I znowu na popołudnie zapowiadane są burze, więc wychodzę już o 6.00. Padać zaczyna tuż po godz. 8.00. Cóż, popołudnia zaczynają się tutaj dość wcześnie... Mam jednak wrażenie, że "załapałem się" na ostatni z anonsowanych opadów nocnych, bo deszcz mija szybko i słońce towarzyszyć mi będzie prawie do samego Helu. Tam okaże się, że jednak warto było wyjść o świcie, lecz o tym za chwilę.
           Tymczasem do Kuźnicy idę niebieskim szlakiem turystycznym, potem przez chwilę korzystam ze ścieżki rowerowej, a następnie plażą docieram do Jastarni. Tam wstępuję po wizytówkę na naszą ubiegłoroczną kwaterę, bo wtedy nie zanotowałem numeru telefonu, a miło wspominam to miejsce. Dzwoni do mnie Krysia - partnerka z Drugiej Przechadzki oraz Boguś - pechowiec, któremu na Pierwszej ukradziono plecak.
           W Juracie z przyjemnością stwierdzam, że nordic walking dotarł już na polskie wybrzeże Bałtyku. Najpierw sprzedawczyni w sklepie spożywczym wypytuje mnie o kijki, które mam przytroczone do plecaka. Potem - na plaży - znów nie wierzę własnym oczom: z przeciwka zbliża się postać "migająca" kijkami. Czyżby "długodystansowiec", myślę z nadzieją, bo tym razem nie spotkałem ani jednego. Nie, to energiczna starsza pani "frunie" wzdłuż brzegu, tempem godnym uznania. Myślę i ja o rozłożeniu kijków, bo piasek tutaj jest "trudny", względnie ubita strefa przyboju tak nachylona, że ciężko nią wędrować, a fale są dzisiaj wyjątkowo nieregularne - od czasu do czasu sięgają niespodziewanie daleko w głąb plaży, grożąc zalaniem butów.
           Następna mijana osoba zaskakuje mnie pytając dokąd można dojść tą plażą? Odpowiadam - zgodnie z prawdą - że na przykład do Świnoujścia... Widząc skonsternowane spojrzenie uzupełniam, iż najbliższa miejscowość to Jurata, oddalona o 5 km. Pięć kilometrów - słyszę w odpowiedzi - to stanowczo zbyt daleko. I moja rozmówczyni zawraca.
           Już zaczynam widzieć wianuszek plażowiczów otaczający zejście z plaży w Helu, gdy na horyzoncie pojawiają się ciemne, burzowe chmury. Kłębią się ciężkie, ołowiane, nadciągając z nieprawdopodobną szybkością. Pioruny uderzają w wodę, grzmoty są coraz bliżej... Przyspieszam. Zaczyna się wyścig! Kto będzie pierwszy na Helu, ja czy burza?
           Ja! I jak burza zbiegam z plaży znajomym wejściem numer 64. Tylko na moment zatrzymuję się by raz jeszcze spojrzeć na Bałtyk i pożegnać się z morzem. Stanowczo za krótkie i zbyt nerwowe jest to pożegnanie. Wpadam do lasu równo ze ścianą deszczu, zakładam pelerynę i gnam na stację kolejową. Szkoda, że tak szybko. Właściwie dopiero w wagonie uświadamiam sobie, że Trzecia Przechadzka nieodwołalnie dobiegła końca, niepostrzeżenie odchodząc do przeszłości.
           Dwanaście dni minęło jak... jeden dzień. Dwanaście dobrych dni. Chętnie poszedłbym dalej... Pociąg rusza z Helu o 14.27. Dokładnie w tej samej minucie rozpoczyna się kalendarzowe lato.

Kuba Terakowski

30 31 32 33 34 35
36 37 38 39 40 41
42 43 44 45 46 47
48 49 50 51 52 53
54 55 56 57 58 59
130 131 132 133 134 135
136 137 138 139 140 141
142 143 144 145 146 147
148 149 150 151 152 153
154 155 156 157 158 159


KWATERY PRZYCHYLNE BAŁTYCKIM "DŁUGODYSTANSOWCOM" (i nie tylko im):
Międzywodzie: ul. Zatoczna 14, tel. 091-3813994
Pobierowo: ul. Piastowska 8, tel. 091-3864812, www.aga.witajcie.pl
Mrzeżyno: ul. Nadmorska 1, tel. 091-3866166
Dźwirzyno: ul. Kołobrzeska 26, tel. 094-3585565
Ustronie Morskie: ul. Chrobrego 38a, tel. 094-3515544
Sarbinowo: ul. Nadmorska 49, tel. 094-3165602
Unieście: ul. Suriana 2, tel. 094-3165900
Łazy: ul. Mieleńska 16, tel. 094-3182979, www.nadmorze.pl/alga
Darłówek: ul. Kaszubska 10, tel. 094-3142201
Jarosławiec: ul. Wczasowa 14a, tel. 059-8109472
Ustka: ul. Żeromskiego 3/1, tel. 059-8146754
Orzechowo Morskie: leśniczówka (aktualnie w remoncie)
Las Smołdziński: Las Smołdziński 36, tel. 059-8464409, www.lato.republika.pl
Łeba: ul. Obr. Westerplatte 13a, tel. 059-8661779
Łeba: ul. 1 Maja 18a, tel. 059-8661657, www.charytonik.republika.pl
Białogóra: ul. Morska 11, tel. 058-7741634 oraz 058-7741802
Władysławowo: ul. Żytnia 2, tel. 058-6740894, www.wladek.pl/bozenka/
Jastarnia: ul. Sychty 109, tel. 058-6752500
Krynica Morska: ul. Nafciarzy 12, tel. 055-2476223, www.nadmorze.pl/grajkowscy


Zobacz też:

Pierwsza Przechadzka ze Świnoujścia na Hel

Druga Przechadzka ze Świnoujścia na Hel

Wędrówka wybrzeżem

POCZET "BAŁTYCKICH DŁUGODYSTANSOWCÓW"
BAŁTYCKIE WIERCHY
MOJA MIERZEJA
Bieg plażą ze Świnoujścia na Hel
Obóz wędrowny "Morze 2003"


Strona główna