Czy ktokolwiek poznał Polskę tak dobrze jak Pan?

Nie wiem, to bardzo trudno powiedzieć. Wiem, że od roku 1975 przejechałem po Polsce ponad 213.000 kilometrów, byłem we wszystkich miastach oraz w znakomitej większości zamków, muzeów, sanktuariów maryjnych oraz obiektów sakralnych. Około tysiąc razy pokonałem ponad sto kilometrów w ciągu jednego dnia, a trzykrotnie przekroczyłem dwieście. Zdarzało mi się nawet jechać przez tydzień, kręcąc codziennie ponad setkę. Zawsze zatrzymuję się, gdy widzę długodystansowców na rowerach, chętnie z nimi rozmawiam. Najczęściej jadą kilka dni, czasem tydzień lub dwa, bardzo rzadko miesiąc, ale nigdy nie spotkałem nikogo, kto przejechałby więcej ode mnie. I nie trafiłem też na nikogo, kto prowadzi tak obszerne kroniki wypraw, jak moje. A szkoda, bo po kilku latach niewiele się już pamięta i trudno cokolwiek opowiedzieć. Dokumentowanie jest moją drugą pasją, przez pół roku podróżuję, przez następne pół spisuję relacje. Proszę popatrzeć, ten stos to czternaście tomów rękopisów, w sumie ważą ponad 70 kilogramów. 12.000 zdjęć, 8.500 już wklejonych do albumów, reszta czeka.

Jak się to zaczęło?

Już w piątej klasie szkoły powszechnej zacząłem interesować się geografią, a mapy były moją pasją. Trudno mi było uwierzyć, iż to o czym się uczę istnieje w rzeczywistości, chciałem wszystkiego dotknąć, wszystko zobaczyć. Do dziś czuję ten żar, a mijające lata rozdmuchują go i wciąż popychają tam, gdzie jeszcze nie byłem... Miałem siedzącą pracę, byłem retuszerem fotograficznym, lekarz mnie nastraszył. Niech Pan sobie kupi rowerek i troszeczkę rozrusza nogi, bo będzie Pan miał niedowład na starość - powiedział. Żona jak to usłyszała, to kupiła mi składaczek. Z początku grzecznie, jeździłem codziennie dziesięć - piętnaście kilometrów, ale rozochociłem się i potrafiłem przejechać nawet sto pięćdziesiąt. Miałem wtedy pięćdziesiąt lat. Potem żona kupiła mi drugi rower - „Jubilat”, taki nieco większy składaczek, a trzeci rower - „Gazelę” kupiłem już sobie sam. W roku 1984 poszedłem na emeryturę, dwa lata później zmarła żona, rower uratował mnie od przygnębienia. Los mnie dotknął tym wdowieństwem, dzieci mieszkały osobno, ja osobno - zadręczyłbym się. Siedziałbym w domu, i co? Brzuszek tylko rósłby mi przed telewizorem, chodziłbym od tapczanu do fotela. Rok po odejściu żony pojechałem dookoła Polski, wyprawa trwała prawie trzy miesiące. Gdy żona zmarła miałem „na liczniku” pierwszy obwód Ziemi, a dzisiaj mam ponad pięć.

Która z wypraw jest Panu najbliższa?

Rajd „Jadzia”. Taka myśl powstała na pogrzebie żony, ale minęły trzy lata zanim zrealizowałem ten plan. Proszę popatrzeć, napisałem w albumie: ten rajd to wstęga przez całą Polskę z imieniem Jadzia, kaligrafowanym kołami roweru, po drogach wybranych tak, by litery tego imienia były czytelne. Zrobiłem wszystko by zachować odpowiedni kształt każdej litery, w wielu wypadkach zdarzało się, że na sporych połaciach kraju - lasy, moczary, góry - brak było dróg, musiałem zadowolić się gruntowymi traktami, czasem ścieżkami. Skromny ten pomnik wystawiłem w trzecią rocznicę Jej śmierci. Może dziwić swoją odmiennością, ale tak zaplanowałem, zamiar urzeczywistniłem, w ciągu 94 dni przejechałem 5730 kilometrów, podzielonych na 62 etapy. Przecież cały ten rajd Jadzi poświęciłem, dobrze byłoby teraz zjawić się nad Jej grobem. I proszę zobaczyć - tu jest zdjęcie mojej „Gazeli” przy Jej nagrobku - tam rajd zakończyłem. Litera „J” zaczyna się w Koszalinie, litera „a” kończy się w Przemyślu. Naturalnie do Koszalina pojechałem rowerem i z Przemyśla do Gdańska też wróciłem na rowerze. Sama litera „d” ma ponad tysiąc kilometrów.

To był Pański najdłuższy rajd?

Jeden z najdłuższych. Po powrocie zorientowałem się, że byłem już w pięciuset miejscowościach, które mają prawa miejskie, a wszystkich w Polsce było wtedy nieco ponad osiemset. Pomyślałem, że brakujące trzysta, mogę przejechać w trzy lata: po sto rocznie. Kolejne trzy sezony przeznaczyłem więc na Rajd Południowy, Zachodni i Wschodni. Północnego nie potrzebowałem, bo wyjeżdżając z Gdańska i wracając do domu, zawsze po drodze przejeżdżam przez ten rejon. I w roku 1992 skończyłem projekt, wtedy w Polsce były 824 miasta, nie ominąłem żadnego.

A ile jest teraz miast w Polsce?

Dokładnie 881, byłem we wszystkich. A w roku 2009 kolejnych pięć miejscowości ma odzyskać prawa miejskie. Odwiedziłem je, gdy jeszcze były wsiami, teraz mam kłopot, bo do Krynek i Michałowa w województwie podlaskim musiałbym jechać specjalnie, ale do Brzostka, Bobowej oraz Szczucina w małopolskim wybieram się na wiosnę. Do Bobowej to nawet się pośpieszyłem, bo w lipcu 2008 ktoś powiedział mi, że Bobowa już jest miastem. Przyjeżdżam, patrzę - tablicy nie ma, wchodzę do urzędu, a tam wójt, zamiast burmistrza. Ja tu z gratulacjami - mówię - ale chyba za wcześnie. Wójt na to, że musiałbym poczekać w urzędzie jeszcze sześć miesięcy, ale może przyjąć moje gratulacje i przekazać przyszłemu burmistrzowi. Mowy nie ma - ja na to - przyjadę tu raz jeszcze na wiosnę przyszłego roku.

A zimą Pan w ogóle nie jeździ?

Nie, zimy na rowerze nie lubię. Wyruszam w kwietniu, wracam w październiku, to wystarczy. Poza tym muszę jeszcze mieć czas na opisanie wypraw, a zima na to i tak jest za krótka - przecież wciąż mam zaległości. W deszczu też raczej nie wyjeżdżam, jestem panem swojego czasu, gdy pada od rana, to staram się przeczekać i uzupełniam notatki. Chociaż zdarzyło mi się kiedyś zrobić dobrze ponad sto kilometrów podczas ulewy i to w błocie, głównie polnymi drogami, bo wtedy akurat nie mogłem zatrzymać się na trasie.

Jak przygotowuje się Pan do drogi?

Teraz to już prawie się nie przygotowuję. Kończąc sezon odkładam to, co nie będzie mi potrzebne, niech tam sobie w kąciku spokojnie czeka do wiosny... I zanim się obejrzę ptaki za oknem znów zaczynają śpiewać, więc pakuję ekwipunek i ruszam.

Gdzie? Z kim?

Sam, przed siebie. Wszystkie drogi miałem w głowie gdy wyjeżdżałem po raz pierwszy, w roku 1975, teraz wybieram tylko kierunek. Raz straciłem miesiąc zimy na szczegółowe ułożenie trasy, ale po drodze wszystkie plany wzięły w łeb - postanowiłem wtedy, że nigdy więcej. Od tamtego czasu myślę wyłącznie o pierwszym noclegu: czy będzie w Chmielnie za Kościerzyną - jeżeli wybieram się na zachód, czy w Śliwicach - gdy zmierzam na południe, czy też w Elblągu, lub Iławie, o ile jadę na wschód. Wieczorem, na mecie pierwszego etapu, planuję następny i tak dalej. Oczywiście, podczas Rajdu Dookoła Polski, Południowego, Zachodniego i Wschodniego miałem pewną ogólną koncepcję i cel trasy - okrążyć kraj, czy odwiedzić kolejne miasta, ale nigdy nie trzymałem się żadnego harmonogramu. A już na przykład Rajdem Wiśniowym rządził absolutny przypadek, przez dwa tygodnie zrywałem wiśnie na Roztoczu, za wikt oraz noclegi, i stąd nazwa. Trzysta kilogramów zebrałem, co drugi dzień jeździłem, co drugi zbierałem.

A skąd Pan wie, co warto zobaczyć po drodze.

Mam swoje ulubione przewodniki - na przykład Stanisława Lorentz’a „Przewodnik po muzeach i zbiorach w Polsce”, proszę zobaczyć - czerwonymi kropkami oznaczam miejsca, które już odwiedziłem, a czarne kropki są tam, gdzie jeszcze nie byłem.

Nie ma ich wiele...

A tu - proszę popatrzeć przewodnik po sanktuariach maryjnych „Z dawna Polski tyś królową”, ten dostałem od autorek, nawet z dedykacją. A tutaj „Nazwy miast Polski” Kazimierza Rymuta, na marginesach zaznaczyłem daty odwiedzin poszczególnych miejscowości.

Co Pan ze sobą zabiera?

Trzy komplety bielizny, zapasowe ubranie, buty, garnuszek, grzałkę, apteczkę, komplet map na trasę rajdu, notes oraz aparat fotograficzny - starego poczciwego „Zenita”. Jest ciężki, ale bardzo mocny, trzy razy spadł mi na asfalt - bo zawsze wożę go przewieszony przez ramię - i nic mu się nie stało. Nie zabieram namiotu, nie biorę śpiwora, najchętniej nocuję w schroniskach młodzieżowych, Wszystko to waży około dwudziestu kilogramów, nie używam sakw, cały ekwipunek umieszczam na dwóch bagażnikach - z tyłu i przodu roweru.

Czym Pan teraz jeździ?

Moją drugą „Gazelą”, to staruszka, damka z kołami 27 cali, „taśmowiec” - czyli zwykły rower z taśmy, normalnie kupiony w sklepie jeszcze za czasów Gierka, za jedenaście i pół tysiąca. Zrobiłem na niej prawie 180.000 km, poza ramą nie ma już nic oryginalnego, siodełko jest bodaj siódme, kierownica trzecia. Piwnicę jej wybetonowałem, żeby miała wygodniej.

Nigdy nie próbowano jej Panu ukraść?

A owszem, robili kiedyś na nią zakusy - to było pod Lesznem. Usiadłem w barze, nagle pojawia się ręka - Szefie, grabula! - usłyszałem. Trzeba było uścisnąć, bo wiadomo co sobie facet pomyśli? Zobaczył herb Gdańska na mojej czapce i pyta - Pan z Gdańska? Było już po połowie października, wracałem na wybrzeże, odpowiedziałem, że z Gdańska, ale wyjechałem w kwietniu i mam za sobą ponad trzynaście tysięcy kilometrów, a teraz jadę do domu. Zastanowił się i mówi - bo my chcielim ten rowerek dymnąć. To ja na to - Proszę Pana, a czym ja bym do Gdańska wrócił? Nic nie odpowiedział, odwrócił się i poszedł do swoim kamratów, widziałem, że coś tam im perswaduje. Nie zastanawiałem się długo, zjadłem i dałem dyla...

A milsze przygody? Czy zdarzało się, że ktoś Pana rozpoznał podczas wędrówek po Polsce?

O tak, wiele razy, szczególnie po wizycie w programie telewizyjnym Manna i Materny. Kiedyś ktoś gonił mnie rowerem na Śląsku, myślałem, że jedzie w swoich sprawach, to nie zwalniałem, aż w końcu zawołał żebym stanął, bo chce mi pogratulować Rajdu „Jadzia”. Innym razem zapytałem kogoś o drogę w Nysie, a on na to, że mi powie jak dostanie autograf. Potem w Szczecinie - jadę sobie spokojnie, prawą stroną ulicy i słyszę, że samochody trąbią na mnie, zastanawiam się dlaczego, patrzę, a kierowcy uśmiechają się i pokazują mi znak zwycięstwa. Ludzie w ogóle są serdeczni, ja mam teraz ponad sto rodzin w Polsce, do których mogę w każdej chwili przyjechać, bez zapowiedzi i na tak długo jak potrzeba. Wszyscy Ci ludzie nie znali mnie wcześniej i pełni obaw przyjmowali wieczorem na nocleg, ale już rano zatrzymywali mnie, albo prosili abym odwiedził ich ponownie.

W roku 2004 dostał Pan nagrodę Kolosa za - przeczytam: trzydziestoletnią podróż na rowerze, w trakcie której, nie opuszczając Polski pięciokrotnie okrążył świat udowadniając, że start do wielkich czynów może nastąpić choćby po pięćdziesiątce oraz za monumentalną pracę dokumentacyjno - krajoznawczą...

Promował mnie pan redaktor Janusz Czerwiński. Zadzwonił z tą propozycją wiosną roku 2003, nie chciałem się zgodzić, bo przecież inni osiągnęli znacznie więcej. Ale pan Janusz nie chciał ustąpić, to ja na to - Proszę Pana, ale jak to będzie wyglądało w czasie rozdania Kolosów? Powie Pan, że mam 79 lat i przejechałem 189.000 kilometrów? To przecież na śmiech się narażę! W przyszłym roku będę miał osiemdziesiątkę, umówmy się, że „dokręcę” jeszcze 11.000 kilometrów, dużo lepiej będzie brzmiało: ma 80 lat i dwieście tysięcy na liczniku. I tak też się stało.

Czy ktoś Pana, wspiera finansowo?

Nie. Ludzie często pytają mnie po drodze czym handluję, bo ja nie wyglądam na turystę - ja się trochę kamufluję, żeby mnie co złego nie spotkało. Jestem szary, niepozorny, ten rowerek byle jaki, wyglądam pewnie bardziej jak domokrążca. Czym handluję? Turystyką - odpowiadam. Patrzą na mnie z niedowierzaniem. A kto Panu za to płaci - pytają? Sam płacę, z emerytury - mówię. Panie! Za swoje pieniądze tak się Pan męczy? Przecież gdyby to była męczarnia, to siedziałbym w domu.

I nie ma Pan sponsorów?

Unikam sponsorów, cenię sobie niezależność, jestem samowystarczalny, skromnie, luksusów nie potrzebuję, dużo nie mam, ale mi wystarcza i nikt niczego ode mnie nie może wymagać. Raz dostałem tysiąc złotych od Prezydenta Miasta Gdańska, to dopłaciłem ze dwieście i kupiłem sobie tyle bristolu, że starczy mi na albumy do końca życia. Moim dobrym duchem jest Marek Mazur, właściciel zakładu „Retrokamera” w Gdańsku. Marek zorganizował mi uroczysty przejazd dwustutysięcznego kilometra, zaprosił znajomych i dziennikarzy. Ale ja o niczym nie wiedziałem, to była niespodzianka, poprosił tylko, abym tak ułożył trasę, aby 200.000 było na liczniku gdzieś w pobliżu „Retrokamery”. No, to wyliczyłem, że muszę wracać z wyprawy przez Bory Tucholskie i Chmielno pod Kartuzami. Przyjechałem do Wrzeszcza, patrzę, a tam jakieś zamieszanie na chodniku, myślę - jak ja tu przejadę?

A to zamieszanie było dla Pana?

No tak, Marek przygotował wstęgę z napisem 200.000 km, musiałem ją zerwać.

Czy ma Pan swoje ulubione miejsce w Polsce.

Po pierwsze Gdańsk, gdzie zawsze chciałem mieszkać i dlatego po wojnie przeprowadziłem się tu z rodzinnych Śliwic. A po drugie Kraków. Miałem tam wynotowane trzydzieści miejsc do zwiedzenia, a byłem w ponad sześćdziesięciu. Chodziłem po mieście tyle, że aż nabawiłem się kontuzji, rower musiałem zostawić u przyjaciół w Wieliczce i pociągiem wróciłem do Gdańska. To chyba było coś poważnego, noga spuchła mi okropnie, przez półtora miesiąca robiłem sobie zastrzyki.

Sam?

No, tak - lekarz mnie nauczył. Proszę prawą ręką ścisnąć tkankę tłuszczową na brzuchu - powiedział. Ale przecież ja nie mam żadnej tkanki tłuszczowej - zawołałem. No widzę, widzę - on na to - wygląda Pan jak po wyjściu z obozu, to proszę chwycić ten fałd skóry i wbić igłę. Wbiłem, nie bolało, to nic trudnego. Ale nigdy po żadnym rajdzie rowerowym nie miałem takich dolegliwości, jak po dwóch tygodniach spacerów po Krakowie.

Czy na rowerze nigdy nie czuje się Pan zmęczony?

Nigdy. Sam się nad tym wiele razy zastawiałem. Jak to możliwe? Moi rówieśnicy albo poumierali, albo chorują. Narzekają, że ich nogi bolą. Bolą, bo nie ćwiczą, tylko najwyżej - o ile jest ciepło - do parku pójdą, na ławkę.

A ćwiczy Pan zimą, aby utrzymać formę?

Ćwiczę przez cały rok, nie tylko zimą. Zawsze zaczynam dzień od gimnastyki, mam taki swój specjalny zestaw ćwiczeń, gdy dokucza mi rwa kulszowa, to wystarczy pół godzinki gimnastyki i ból mija bez śladu.

Ma Pan prawo jazdy?

Zrobiłem kiedyś, gdy pracowałem w kolumnie transportowej Poczty Polskiej, ale tam byłem dysponentem ruchu, nie jeździłem. W ogóle za kierownicą siedziałem tylko na kursie i egzaminie, potem już nigdy nie prowadziłem samochodu.

Czy dostał Pan kiedykolwiek mandat?

Nie, chociaż raz niewiele brakowało. Gdzieś koło Konina wjechałem na autostradę i na piętnastym kilometrze zatrzymała mnie policja: co rowerzysta robi na autostradzie - pytają. Proszę Panów! Ja jestem turystą rowerowym, jadę po Polsce, po moim kraju, po wszystkich drogach, które istnieją! Ale proszę Pana - oni na to - tu jest autostrada, tędy nie wolno jeździć na rowerze, niech Pan cofnie dwieście metrów, tam jest zjazd na boczną drogę. Uparłem się, że nie cofnę. Panowie - mówię - ja tamtędy już trzy razy w życiu jechałem, a tędy jadę po raz pierwszy, na mojej mapie ta droga jest czerwona, a musi być czarna, czyli zaliczona! Popatrzyli po sobie, pewnie pomyśleli, że mam trochę źle w głowie. To ja dalej tokuję - mogę nawet mandat zapłacić, ale do zjazdu w Ciążeniu na Pyzdry muszę dojechać, a w przyszłym roku tu wrócę i jeszcze brakujący odcinek do Wrześni zrobię! Jak to usłyszeli, to tylko życzyli mi szczęśliwej drogi i pojechali...

Co Panu przeszkadza na polskich drogach?

Zmieniłbym ich nawierzchnię, żeby była lepsza i poszerzyłbym je tak, aby wszędzie były wygodne pobocza. Kiedyś, ktoś pędząc z lawetą po wąskiej drodze o mało mi głowy nie uciął! Najchętniej jeżdżę mniej uczęszczanymi drogami, na magistralach jest okropnie, stale patrzę na zmianę: to w lusterko, to przed siebie - chwila nieuwagi i może dojść do wypadku.

Czy łatwiej było Panu podróżować po Polsce za „komuny”, czy teraz?

Pod względem finansowym to teraz jest znacznie lepiej, nie brakuje jedzenia. A wtedy, co? Tylko ocet na półkach, dobrze jak twaróg udało się kupić, bo przecież prawie cała żywność była na kartki. Wiele razy po drodze prosiłem w barze o kilka łyżek cukru, albo w sklepie - o parę plasterków kiełbasy, bo kartki mi się skończyły. Prawie nigdy mi nie odmawiano, kiedyś kelnerka zsypała mi ponad kilogram cukru i nie chciała za to ani grosza. Natomiast jeździ się teraz o wiele trudniej, bo ruch na drogach jest straszny.

A ile kilometrów przejechał Pan w roku 2008?

Mało, tylko nieco ponad trzy tysiące. Najbogatsze miałem poprzednie dziesięciolecie, przejechałem wtedy sto tysięcy kilometrów, rekordowy był rok 1997, wtedy w czasie sześciu miesięcy sezonu zrobiłem czternaście tysięcy. W tym roku, z racji wieku i ukształtowania terenu Małopolski, którą zwiedzałem, „wykręciłem” dużo mniej. Odpadły mi też kilometry dojazdu i powrotu, bo rower teraz trzymam w Wieliczce.

Podróżował Pan rowerem za granicą?

Nie, nigdy nie wyjechałem z kraju, bo nie wiem nawet czy na Polskę starczy mi czasu. Zostały mi do uzupełnienia województwa śląskie i opolskie, potrzebowałbym na to kilku lat. Uciekam więc na rowerze przed kostuchą, to mądra bestia, ale wciąż jeszcze udaje mi się ją oszukać fortelem Zagłoby: rano mówię, że pojadę tędy, a jadę tamtędy...

 

Kuba Terakowski

 

Tekst ukazał się w miesięczniku „Rowertour” – www.rowertour.pl – nr 2/2009

 


Strona główna