Paweł „Wróbel” Wróblewski – ma 32 lata, mieszka w Gdańsku. Od marca do września 2008 przejechał samotnie 11.000 kilometrów, przez Maroko, Saharę Zachodnią, Mauretanię, Mali, Burkina Faso, Ghanę, Togo, Benin, Nigerię, Kamerun, Gabon, Kongo Brazzaville oraz Demokratyczną Republiką Konga.

 

Czy lubisz jeździć na rowerze?

Nie wiem. Chyba lubię... Tak lubię, ale jestem nim troszkę zmęczony. Najprawdopodobniej w najbliższym czasie nie będę jeździł, bo żona nie potrafi i boi się jeździć na rowerze.

Zamierzacie coś z tym zrobić?

Przesiądziemy się na motor.

Umiesz jeździć na motorze?

Tak.

A żona?

Nie, ale jako pasażer szybko się nauczy.

A nie myślałeś o tandemie?

Wydaje mi się, że na tandemie pasażer też powinien umieć zachować równowagę, a na motorze wystarczy, że mocno obejmie kierowcę.

Czemu jesteś zmęczony rowerem?

No, po tej wyprawie jestem zmęczony. Na początku miałem pomysł, żeby w ogóle pojechać dookoła Afryki na motorze, ale szwagier namówił mnie na rower.

Wcześniej dużo jeździłeś?

Na rowerze? Turystycznie nie jeździłem w ogóle, ale dojeżdżałem do pracy. Mieszkałem nad morzem, a pracowałem w górach - to było w Irlandii - na dziesięciu kilometrach pokonywałem w pionie dobrych kilkaset metrów. Nie mam prawa jazdy, więc rower zawsze służył mi jako miejski środek transportu. Na dłuższych dystansach podróżowałem autostopem, ale gdy poprzednio byłem w Afryce, ten sposób przemieszczania się zawiódł, bo odległości okazały się zbyt duże. Dlatego postanowiłem wrócić tam na motorze.

Ale wróciłeś na rowerze...

Bo motorem zbyt szybko okrążyłbym całą Afrykę. A poza tym na motorze za bardzo pasowałem do szablonu bogatego białego człowieka, który z hukiem pędzi przez Czarny Ląd. Na rowerze często bywałem traktowany jak wariat, tam jednoślady używane są tylko przez biedotę. Biały na rowerze godzi we wszystkie stereotypy.

A czarny?

Jeszcze w Mali, Burkina Faso, Ghanie spotyka się miejscowych rowerzystów, ale już Nigeria, Togo, Benin aspirują do miana bogatszych i tam pokazać się na rowerze to obciach. Poza tym w Nigerii jest strasznie niebezpiecznie i z tego powodu też na rowerze się tam nie jeździ.

Niebezpiecznie? W jakim sensie? Masz na myśli ruch na drogach, czy napady?

I jedno, i drugie. Ja przeżyłem napad już pierwszej nocy w Nigerii. Zatrzymała mnie policja, zabrali na posterunek i zwolnili tak późno, że postanowiłem rozbić namiot i przenocować tuż obok. Nad ranem przyjechało kilka samochodów, zaczęli ostrzeliwać posterunek, policjanci odpowiedzieli ogniem, a mój namiot stał pośrodku... (śmiech). Wszystko co mogłem, to położyć się jeszcze bardziej płasko i liczyć, że żadna przypadkowa kula we mnie nie trafi.

A czemu zatrzymała Ciebie policja?

Bo miałem nieważną wizę. Unieważniono mi ją na wjeździe, ale ja nic o tym nie wiedziałem.

Nie rozumiem. Kto Ci unieważnił wizę?

Urzędnik na przejściu granicznym.

Czemu?

Nie mam pojęcia. Nic nie powiedział, pozwolił jechać dalej. W Nigerii jest strasznie dużo kontroli policyjnych, zatrzymano mnie już kilkanaście kilometrów po przekroczeniu granicy. Dopiero tam dowiedziałem się, że wiza została anulowana i mam 48 godzin na opuszczenie kraju lub wyrobienie nowej. Pojechałem do Urzędu Emigracyjnego w Lagos, ale tam zażądano ode mnie pięciuset dolarów, więc postanowiłem, że zostanę w Nigerii nielegalnie.

Nie miałeś już potem kłopotów z tego powodu?

Już nie. Może właśnie dlatego, że jechałem rowerem, bo tam biały na rowerze jest traktowany jak UFO. W ogóle przez cały pobyt w Nigerii białego człowieka widziałem raz - z obstawą, za kuloodporną szybą samochodu. Wiedziałem, że jak mnie zatrzymają, to bez łapówki się nie wywinę, więc wszystkie kontrole przejeżdżałem „na wariata”: zasłaniałem twarz i pedałowałem jak szalony, dopiero gdy byłem bardzo blisko to podnosiłem głowę, machałem, krzyczałem i pędem mijałem posterunek. Policjantom z wrażenia opadały szczęki... Byłem już daleko zanim zdążyli się opamiętać... (śmiech). Na motorze ten numer raczej by nie przeszedł, nie mógłbym wykorzystać zaskoczenia. W Afryce nie uprawia się turystyki rowerowej, więc mój pojazd często w ogóle stanowił zagadkę. Ludzie nie wierzyli, że to jest rower, z dwoma sakwami z tyłu, dwoma z przodu i pakunkiem na bagażniku wyglądał na tak ciężką maszynę, że pytali mnie gdzie mam schowany silnik.

Czy w Afryce spotkałeś kiedykolwiek białych na rowerze?

W Kinszasie raz mignęła mi kobieta, co samo w sobie jest ewenementem, bo to strasznie niebezpieczne miasto, ale ona z pewnością tam mieszkała. Natomiast turystów na jednośladach nie spotkałem nigdy. W Kinszasie poznałem Niemca, który opowiadał mi, że w weekendy czasem wyjeżdżają samochodami za miasto, zabierają ze sobą rowery i dopiero tam urządzają sobie wycieczki. Podobnie robią pracownicy organizacji humanitarnych w Mali. W Mali spotkałem też Francuza, który postanowił wrócić do domu na rowerze. Kupił sobie chiński, przejechał z tysiąc kilometrów i utknął w buszu, bo sprzęt mu się rozpadł. Nabył więc konia i gdy mijaliśmy się, podróżował już w siodle.

A czarnych turystów na rowerach nie było w ogóle?

Nie, ale w Cape Coast zaprzyjaźniłem się z kilkoma miejscowymi i namówiłem ich, aby dołączyli do mnie. Z pięciu chętnych został jeden, który rzeczywiście wyruszył ze mną w drogę. Na początku jechał na swoim rowerze - coś a’la „Ukraina” - z przyspawaną metalową skrzynką zamiast bagażnika, potem kupił sobie porządniejszy rower. W ten sposób przez chwilę jechałem w towarzystwie.

Przez chwilę? To znaczy?

Przez tydzień, może trochę dłużej.

A dlaczego nie dłużej?

Bo czułem się z Koffim jak z dzieckiem. To był artysta - muzyk reggae - zupełnie nieobecny duchem, nieodpowiedzialny. Chciał jechać i nie chciał równocześnie, najchętniej kilka razy dziennie zatrzymywałby się na kilka dni... W życiu nie dojechalibyśmy razem do RPA.

Nie miałeś w nim przewodnika?

Przewodnika? Ależ skąd! Wręcz przeciwnie, to ja nauczyłem Koffiego spać w buszu. On się tego strasznie bał, pierwszej nocy prawie nie zmrużył oka, a rano nie wierzył, że żyje. Wzbudzaliśmy niezłą sensację - biały i czarny razem, a do tego na rowerach! Tego w Afryce się nie widuje. Koffiemu bardzo spodobało się podróżowanie rowerem, olśniło go, bo wcześniej przez myśl mu nie przeszło, że z miasta do miasta można pojechać inaczej niż samochodem. Myślę, że przysporzyłem Afryce jednego czarnoskórego turystę rowerowego.

A Ty w ogóle skąd się tam wziąłeś? Dlaczego pojechałeś właśnie do Afryki?

Bo zawsze interesowała mnie najbardziej. Bo jeszcze dzieckiem będąc powiedziałem do Mamy, że pojadę do Afryki i przywiozę sobie stamtąd żonę. Taka samospełniająca się przepowiednia... (śmiech) Z resztą mój teść też zawsze powtarzał Chantall, że chciałby, aby wyszła za Polaka. A ja byłem pierwszym, którego spotkała... (śmiech)

Czemu akurat za Polaka?

Bo jej Tata był w Polsce i dobrze ją wspomina. Afryka nigdy nie dawała mi spokoju. W dzieciństwie czytałem „Pięć tygodni balonem” - Juliusza Verne’a, to wszystko gdzieś we mnie zostało... W latach dziewięćdziesiątych grałem w sudańskim zespole folklorystycznym.

W Sudanie?

Nie, w Polsce. To byli uchodźcy, stworzyli zespół, grałem w nim na klarnecie, na flecie i trochę na bębnach. Na początku dziwiłem się - przyjechali Murzyni z Afryki i chcą abym uczył ich grać na bębnach, przecież powinni to mieć w genach. Oni na to, że jadąc do Polski myśleli, że wszyscy tu gramy na fortepianach, nie gorzej niż Chopin. Takie stereotypy... (śmiech) A wśród nich i ten, że Afryka jest zbyt trudna do podróżowania i zbyt niebezpieczna, aby tam pojechać. Rozmawiałem kiedyś ze znajomymi o podróżowaniu - no, w ogóle tak - fajnie byłoby powłóczyć się po świecie, ale Afrykę, to lepiej omijać szerokim łukiem, bo groźna i nieprzewidywalna. To było w Irlandii, a wiesz jacy są Polacy, szczególnie za granicą... Co? Ja nie zrobię? Właśnie, że zrobię!

I zrobiłeś.

W roku 2006 pojechałem do Afryki autostopem, dojechałem do Dahli i zakochałem się w Saharze. Postanowiłem wtedy, że tam wrócę, chciałem jednak być bardziej mobilny i niezależny, więc pomyślałem o motorze... Pojechałem rowerem, bo ma sporo zalet. Na przykład nie zużywa paliwa, więc nie muszę zastanawiać się gdzie będę mógł znowu zatankować, a w Afryce nie jest to takie proste. Ale i motor ma swoje atuty, przede wszystkim daje większe poczucie bezpieczeństwa, świadomość, że w razie potrzeby można się szybko oddalić. Czasem przejeżdżając przez wioski dosłownie czułem wokół siebie wrogą atmosferę, kiedyś o mało nie pobiłem się z wodzem. Na motorze uciekłbym błyskawicznie, rowerem nie miałem szans. Na motorze sama szybkość stanowi pewną ochronę, można przemknąć przez wioskę jak burza, a na rowerze jestem tak samo bezbronny jak idąc na piechotę.

A jednak wybrałeś rower.

Bo ta bezbronność, to otwarcie i bliskość pozwalają intensywniej przeżywać podróż, ułatwiają kontakt z ludźmi, pomagają ich poznawać. W gruncie rzeczy wycieczka na rowerze niewiele różni się od pieszej.

Jak zaplanowałeś sobie drogę?

Przed wyjazdem? Bardzo szczegółowo… palcem po mapie… (śmiech). Potem, im więcej dowiadywałem się o Afryce, tym bardziej uświadamiałem sobie, jak nierealny jest mój plan. W końcu doszło do tego, że gdy wyruszałem w drogę, to w głowie miałem już tylko mglistą wizję trasy. Wiedziałem, że chcę dojechać do RPA mniej więcej wzdłuż zachodniego wybrzeża i wrócić wschodnim brzegiem. Planując zdałem sobie sprawę, że… nie ma sensu planować. Inaczej w Afryce się nie da. Arabowie na Saharze mówią Inch Allah – jak Bóg da.

Rower na wyprawę kupiłeś sobie w Irlandii?

Nie, w Polsce. Bardzo lubię Irlandię, ale ich „myśl techniczna” nie wzbudza mojego zaufania. Kiedyś wymieniałem tam linkę sprzęgła, oddałem motor do warsztatu, nie mieli linek, ale obiecali, że sprowadzą od producenta. Okazało się, że dostali zbyt krótką, lecz zamiast zamówić dłuższą, uparli się, że jednak założą tę, którą im przysłano. Normalny polski mechanik w takiej sytuacji próbowałby sztukować linkę, myślenie irlandzkie jest odwrotne – skrócili mi kierownicę… (śmiech).

To jaki rower sobie kupiłeś?

Nie wiem.

Słucham?

No, nie wiem jak się nazywał. Nie pamiętam, musiałbym sprawdzić na zdjęciach. Kumpel powiedział mi, co powinien mieć porządny rower, ale to wszystko było strasznie skomplikowane. Stwierdziłem, że motory są znacznie prostsze, a na rowerach nie mam szansy się poznać. Wchodziłem więc do sklepów rowerowych, mówiłem, że chciałbym kupić sobie rower, na którym mógłbym przejechać Afrykę i patrzyłem na reakcje sprzedawców. Jak robili wielkie oczy, to wychodziłem. Jak pokazywali mi najdroższe pozycje z katalogów, to też stwierdzałem, że to nie dla mnie. W końcu trafiłem do „Buga Sport” w Gdańsku, przy Kartuskiej, gdzie powiedzieli mi, że nie ma sprawy, bo właśnie niedawno składali rower dla kogoś, kto wybierał się na pustynię, więc dla mnie też przygotują odpowiednią maszynę.

I co takiego wyjątkowego, dedykowanego Afryce, było w Twoim rowerze?

Nie mam pojęcia, nie wnikałem w detale techniczne. Ogólnie był masywny, solidny, trwały. Gdy przejechałem się nim po raz pierwszy, to synonimem trwałości była dla mnie tylna felga – wyglądała jak przeznaczona do skakania – gruba, mocna, taka prostokątna w przekroju. Nie wytrzymała długo, rozsadziło ją ciśnienie powietrza w dętce. Jadąc przez Saharę starałem się spuszczać trochę powietrza z kół, gdy w dzień robiło się bardzo gorąco, ale kiedyś widocznie o tym zapomniałem i w Mauretanii pękła boczna ścianka felgi…

Jak sobie z tym poradziłeś?

Wycinałem z puszek cienkie paseczki blachy i przy pomocy kleju oraz bandażu robiłem z nich prymitywne łatki. Na pierwszej przejechałem nie więcej niż pięć kilometrów, ale potem sukcesywnie dochodziłem do coraz większej wprawy i na ostatnim „klejeniu” pokonałem ponad dwa tysiące kilometrów. W Ghanie znalazłem wreszcie zakład spawający aluminium (felga była aluminiowa), ale ucieszyłem się przedwcześnie, bo załatali dziurę tak, że koło stało się owalne i już w ogóle nie nadawało się do jazdy. Kupiłem więc nowe, chińskie (innych tam nie ma) i założyłem do przodu, a przednie dałem do tyłu.

Czy pamiętasz ile kosztował Twój rower?

Za całość, czyli z solidnym kompletem części zamiennych zapłaciłem około pięć tysięcy złotych. Wszystko przygotował „Bugi Sport”, bo sam na mechanice totalnie się nie znam.

A mimo to radziłeś sobie doskonale.

Często improwizowałem. Pamiętam pierwsze centrowanie, o którym też nie miałem pojęcia, ale pomyślałem, że skoro wszystkie szprychy muszą być tak samo naciągnięte, to powinny wydawać identyczny dźwięk, więc uderzałem w nie kluczem i stroiłem tak długo, aż przestawały fałszować. Nie na darmo jestem muzykiem… (śmiech). Zawsze sobie jakoś radziłem, a części zamiennych, to wręcz pozbywałem się po drodze, bo ilość bagażu jaką można zabrać na rower jest ograniczona. Gdy więc musiałem wybierać pomiędzy wodą, a czymkolwiek innym, to wybierałem wodę. Woda to podstawa, a na pustyni waży więcej, niż cała reszta bagażu. Twój zasięg zależy od tego, ile wody dasz radę zabrać.

Ile zatem wody należy zabrać?

Teoretycznie biały człowiek na Saharze powinien wypijać 10 litrów dziennie, ale dla mnie to było zupełnie nierealne, piłem połowę z tego, mając świadomość, że się odwadniam, nigdy jednak wody mi nie zabrakło.

Czy dużo miałeś kłopotów z rowerem po drodze?

Obyło się bez poważnych awarii. Dość szybko zużywały się łożyska i łańcuch – musiałem wymieniać go, co tysiąc kilometrów. Miałem trzy, które zakładałem na zmianę, więc na czwartym tysiącu ponownie używałem pierwszego, na piątym drugiego i tak dalej - ten system sprawdził się doskonale. Najbardziej martwiłem się o opony, zabrałem cztery, lecz ścierały się błyskawicznie, a jedyne, które można było kupić w Afryce – czyli chińskie – były bardzo słabe i niezbyt dobrze pasowały do moich felg. Cudem dotarłem do Kinszasy, tam poznałem Niemca, który wybierał się na tydzień do domu i obiecał mi przywieźć nowe.

Czy jakoś specjalnie przygotowywałeś się kondycyjnie do wyprawy?

Nie. Uznałem, że wystarczy jeżeli zacznę ćwiczyć gdy wyruszę w drogę. Po pierwszym dniu jazdy bolało mnie wszystko, przez następny tydzień czułem się okrutnie zmęczony, ale już po miesiącu całe znużenie znikło bez śladu.

A szczepienia, wizy, mapy? Tutaj nie mogłeś pozwolić sobie na beztroskę.

Szczepienia oczywiście zaliczyłem, ale miałem pecha – rozchorowałem się dosłownie dzień przed pierwszym terminem i mnie nie przyjęto. Aż pięć miesięcy trwało zanim wróciłem do formy i o tyle opóźnił się mój wyjazd. Myślę jednak, że to opatrzność zadbała, abym wyruszył w drogę właśnie wtedy, kiedy powinienem. Z resztą niewiele brakowało abym nie poleciał w ogóle, bo byłem przekonany, że samolot mam we wtorek, a okazało się, że w poniedziałek. Dowiedziałem się o tym w niedzielę, od znajomej, która przez przypadek sprawdziła rozkład lotów… (śmiech). A mapy? Miałem dobry atlas drogowy, ale mi go ukradli.

I co zrobiłeś?

Nic, mapa w Afryce nie jest niezbędna, tam nie ma gdzie zabłądzić.

Pamiętasz swój pierwszy nocleg?

W Maroku? Pamiętam doskonale! Przyleciałem do Fezu wieczorem, więc najrozsądniej byłoby od razu szukać miejsca do spania, ale byłem tak podekscytowany, że od razu ruszyłem w drogę. Przejechałem daleko za Fez i dopiero tam zatrzymałem się gdzieś w rowie. Byłem strasznie szczęśliwy.

W rowie? Nie miałeś ze sobą namiotu?

Miałem, ale nie chciało mi się go rozbijać.

A w ogóle co zabrałeś do Afryki?

Poza namiotem miałem jeszcze śpiwór, ale mi go ukradli, miałem moskitierę, też mi ją ukradli… (śmiech). Co jeszcze? Menażki, baterie słoneczne do ładowania akumulatorów, filtr do wody, ale mi się zepsuł…

Piłeś nieprzefiltrowaną wodę?

Tak.

Ale przegotowaną?

Też nie. I nie miałem żadnych problemów z żołądkiem, żadnych biegunek, nic. Raz wymiotowałem, ale to przez picie gorącej wody, która w bidonach rozgrzewała się tak bardzo, że herbatę mogłem zaparzać bez gotowania. Po tej przygodzie kupiłem specjalne kanistry, obszywane wieloma warstwami materiału, które należy regularnie polewać wodą tak, aby cały czas były wilgotne. Woda parując oziębia powierzchnię pojemników tak mocno, że płyn wewnątrz pozostaje chłodny. To banalnie prosty, ale zaskakująco skuteczny sposób.

A wracając do ekwipunku…

Ubrania kupowałem na bieżąco, po drodze – w miarę jak się zużywały. Zabrałem jeden podkoszulek „oddychający”, lecz zupełnie się nie sprawdził. Istotą odzieży termoaktywnej jest odprowadzanie wilgoci tak, aby ciało pozostawało suche. W gorącym klimacie na odwrót, wilgoć powinna być zatrzymywana, bo to chłodzi najlepiej. W takich sytuacjach bawełna jest niezastąpiona. „Kosmiczna” technologia okazała się bezkonkurencyjna tylko w antybakteryjnych skarpetach ze srebrną nitką, których używałem na okrągło. Co jeszcze? Miałem latarkę i aparat fotograficzny, ale…

Ale Ci ukradli…

Tak, straciłem wszystkie zdjęcia, których nie zdążyłem wysłać e.mail’em. Kupiłem sobie też radyjko, słuchałem BBC Afryka, aby mniej więcej orientować się w sytuacji. W Angoli akurat odbywały się wybory, a poprzednie zakończyły się wojną, więc nie chciałem dać się zaskoczyć. Na szczęście te przebiegały spokojnie.

To była jedna duża kradzież, czy dużo drobnych?

Dwie duże i dużo drobnych. Czasem po prostu nie dało się nie zostawiać roweru bez opieki. Gdy oddalałem się na dłużej, to zabierałem sakwę z najcenniejszym ekwipunkiem, a resztę powierzałem opiece opatrzności. Nauczyłem się na wierzchu układać drobiazgi licząc, że złodziej weźmie to, co mu pierwsze wpadnie w ręce, w ten sposób zginęły mi między innymi majtki oraz papier toaletowy… (śmiech). W Togo skradziono mi tę najważniejszą sakwę, bo zabrałem ją do namiotu. Rozbiłem się na kempingu w Lome, zawsze starałem się nocować poza miastem, ale tym razem Polska grała z Austrią i zasiedziałem się przy telewizorze. To tam pierwszy i ostatni raz skorzystałem z kempingu rekomendowanego przez Lonely Planet. Rano poszedłem na chwilę do toalety, gdy wróciłem sakwy już nie było w namiocie. Straciłem aparat w wszystkimi kartami pamięci, notes, sporo ekwipunku oraz narzędzia do roweru. Spędziłem w Lome tydzień próbując na nowo skompletować wyposażenie. Największy problem miałem ze znalezieniem klucza do rozpinania łańcucha. Pozostałe trzy sakwy – te, których nie odpiąłem na noc – pozostały przy rowerze nietknięte.

A druga kradzież?

To było w Kinszasie. Tego dnia Kongo przegrało z Egiptem, a mnie miejscowi kibice uznali za Egipcjanina… Nie tylko straciłem wtedy prawie wszystko, co miałem, ale też zostałem pobity. Na szczęście udało mi się ocalić paszport i karty bankowe – specjalnie upadałem tak, aby zasłaniać saszetkę z dokumentami. Gdy w końcu mnie zostawili, to sam nie wierzyłem, że ją uratowałem, ale leżę i czuję, że jest… Od razu humor mi się poprawił.

Czy wiele razy czułeś się w Afryce zagrożony?

Może nie tyle poczucie, co świadomość zagrożenia towarzyszyła mi nieustannie – nie psuła przyjemności podróżowania, ale też nie opuszczała mnie ani na moment. Nie chciałbym, aby zabrzmiało to pretensjonalnie, ale taka jest tam rzeczywistość, że kładziesz się spać i nie masz pewności, czy obudzisz się rano – bo ludzie, bo skorpiony, bo węże. Dla czarnych nocleg w dżungli jest nie do pomyślenia, gdyż uważają to za zbyt niebezpieczne.

A Ty sypiałeś czasem w dżungli?

Prawie zawsze, bo nocowanie u miejscowych byłoby zbyt kosztowne - jeżeli jesteś gościem, to powinieneś odwdzięczyć się gospodarzowi. Nie chcę generalizować, bo bywa też inaczej, ale tak jest najczęściej. W Afryce w ogóle wszystko jest bardziej ekstremalne, niż u nas, albo skrajna chciwość i traktowanie białego jak niewyczerpanego źródła gotówki, albo absolutna bezinteresowność. Albo przyjaźń, albo wrogość. Trudno o prawidłowości, ale wśród muzułmanów czułem się chyba bezpieczniej, niż wśród chrześcijan.

Czy miejsca na nocleg wybierałeś zupełnie ad hoc?

Tak, zazwyczaj około godziny piątej zaczynałem rozglądać się za polanką na rozbicie namiotu, bo około szóstej robiło się ciemno. Czasem nie znajdowałem miejsca, gdyż dżungla przy drodze – z uwagi na dużą ilość światła – jest bardzo gęsta i nie sposób wejść w głąb, wtedy nocowałem wprost na drodze. Czasem nie tylko nie dało się zjechać na bok, ale było tak wąsko, że krzaki uderzały mnie, gdy przejeżdżałem obok.

I mimo to ani przez chwilę nie obawiałeś się, że zabłądziłeś?

Nie, ponieważ wiedziałem, że to jest dobra droga.

Skąd wiedziałeś?

Bo albo była to jedyna droga, albo pytałem ludzi. Tam w ogóle trudniej jest zabłądzić niż w Polsce, bo u nas, aby dojechać do celu, należy na przykład skręcić w lewo po kilometrze, i w prawo dwa kilometry dalej, a tam do najbliższego skrzyżowania jest sto kilometrów i pięćdziesiąt do następnego. Poza tym „zgubić się” oznacza nie wiedzieć gdzie się jest, a ja w Afryce prawie cały czas nie wiedziałem gdzie jestem… (śmiech).

Czy miałeś przy sobie cokolwiek do obrony?

Miałem nóż, ale mi ukradli. Potem kupiłem sobie maczetę, bo w niektórych rejonach Afryki facet bez maczety, to nie facet. Nigdy jej nie użyłem, ale czasami dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Jechałem kiedyś przez tak zwane „wioski wagony”, deszcz padał, zrobiło się ciemno, a zabudowaniom nie było końca. Czułem się niepewnie tym bardziej, że akurat w tym rejonie zdarzały się porwania białych dla okupu. Spałem z maczetą, gotowy do obrony. Innym razem zaniepokoiło mnie dziwne zamieszanie wśród tubylców, ale okazało się, że są tacy przejęci tylko dlatego, iż byłem trzecim białym człowiekiem w ich wiosce.

Trzecim od początku istnienia osady?

Tak – pierwszy przyszedł w latach sześćdziesiątych, drugi przyjechał na motorze dwadzieścia lat później, a ja byłem trzeci.

Czy poza mdłościami po wypiciu gorącej wody nie miałeś innych problemów ze zdrowiem?

Aż tak dobrze nie było. Miałem trzy ataki malarii, złapałem też bilharcjozę, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. I jeszcze w Kamerunie coś pogryzło mnie tak dokuczliwie, że nie mogłem spać po nocach.

Nie zabezpieczyłeś się przed malarią?

Brałem profilaktycznie deoksycyklinę, ale żadne lekarstwo, nie chroni przed malarią w stu procentach.

I jak sobie poradziłeś z tą chorobą?

Miałem lekarstwa, ale przy pierwszym ataku, za wszelką cenę próbowałem nie przyznać się przed sobą, że to malaria i trochę spóźniłem się z kuracją, co może być niebezpieczne. Drugi atak rozpoznałem i opanowałem znacznie szybciej, a trzeci to już prawie przeoczyłem… (śmiech). Z resztą opatrzność czuwała nade mną, bo w Brazzaville malaria dopadła mnie dopiero, gdy po kilku dniach spędzonych na bezdrożach, dojechałem do wioski, w której była polska misja. Sam nie wybrałbym sobie lepszego miejsca na chorowanie.

A w ogóle ile razy spotkałeś Polaków w Afryce?

Trzy. Najpierw w Kamerunie zatrzymał się obok mnie samochód, wysiadł Murzyn i zaczął mnie bardzo szczegółowo przepytywać. Myślałem, że to policjant, a okazało się, że ksiądz. Był kiedyś na Słowacji, potrafił powiedzieć dobry den, co w ustach czarnego brzmiało strasznie zabawnie… Od niego dowiedziałem się, że w pobliżu jest polska misja. Drugi był ksiądz w Brazzaville, a trzeci ambasador w Kinszasie.

Ile kilometrów dziennie przejeżdżałeś mniej więcej?

Około stu.

Dużo!

Wbrew pozorom wcale nie tak wiele, jechałem przez cały dzień, więc średnie tempo wynosiło zaledwie 10 kilometrów na godzinę. Wstawałem gdy tylko robiło się jasno – czyli przed szóstą, pakowałem się, ruszałem i „kręciłem” do siedemnastej, godzinę później zapadał zmrok, zasypiałem i tak prawie dzień po dniu. Często planowałem, że stanę po drodze to tu, to tam, ale trudno mi było się zatrzymać, wciąż chciałem jechać dalej, wciąż było mi mało. Czasem złościłem się sam na siebie, że tak jadę i jadę bez końca, ale droga ciągnęła mnie jak magnes. A poza tym rower jest na tyle powolny, że nie miałem wrażenia, iż tylko przemykam przez wioski, lecz czułem, że w nich po prostu jestem. I przecież zatrzymywałem się żeby porozmawiać, zrobić zakupy, coś zjeść.

Co jadłeś?

To, co wszyscy. I wszystko bardzo mi smakowało. Zaopatrywałem się w wiejskich sklepikach. Tam często jest też i tak, że gospodynie prowadzą otwarte kuchnie, w których za drobną opłatą można wspaniale się najeść. W północno – zachodniej Afryce podstawą diety jest ryż, a im bliżej tropików, tym więcej je się manioku i fasoli.

A skąd brałeś wodę do picia?

Ze studni – jak wszyscy. Pytałem ludzi czy tu jest dobra woda i gdy mówili, że dobra, to czerpałem. Wiem, że przewodniki ostrzegają przed piciem nieprzegotowanej wody i każą sprawdzać, czy butelka z mineralną jest fabrycznie zamknięta, ale ja – zaproszony przez kogoś do domu – nie mogłem wyciągnąć swojego bidonu i powiedzieć, że nie będę pił tej wody, którą piją wszyscy przy stole.

A ludzie, z którymi rozmawiałeś? To Ty ich zagadywałeś, czy oni Ciebie?

Różnie. W Afryce na wsiach nie można kogoś minąć i nie porozmawiać. Pamiętam jak w drodze powrotnej spędziłem cały dzień w Belgii, na lotnisku i nie mogłem uwierzyć, że tylu tam ludzi i nikt się do mnie nie odezwał. Usłyszałem dwie Polki, podbiegłem do nich cały rozpromieniony, to się spłoszyły… (śmiech). W Afryce zagadywali mnie wszyscy i to nie tylko dlatego, że jestem biały. Oni po prostu tacy są, ich ciekawość jest nieposkromiona, pytaniom nie ma końca, ale potrafią też bez skrępowania opowiadać o sobie. Te spotkania i rozmowy były dla mnie największą radością drogi i jej sensem, bo gdybym tylko przejechał przez Czarny Ląd, mijając ludzi po drodze, to cała podróż byłaby bez porównania uboższa.

W jakim języku rozmawiałeś?

Po angielsku, francusku, arabsku, a w ostateczności na migi – dla chcącego nic trudnego. Arabskiego nauczyłem się gdy poprzednio byłem w Maroku, a francuskiego podczas tej podróży. Na studiach niby miałem lektorat francuski, ale zajęcia rozpoczynały się o ósmej rano, więc rzadko na nich bywałem… (śmiech). W efekcie mówię po francusku jak chłop z Burkina Faso…

Słucham?

To było tak. Taksówki w Kinszasie są wieloosobowe, jechałem jedną z nich i rozmawiałem przez komórkę. W pewnym momencie zorientowałem się, że wszyscy się ze mnie śmieją, zapytałem dlaczego – bo jesteś biały, a gadasz jak chłop z Burkina Faso – usłyszałem. Potem potwierdziła to jeszcze moja żona… Cóż, trudno się dziwić, skoro francuskiego tak naprawdę uczyłem się po drodze.

Przez całą podróż prowadziłeś blog w Internecie. Nie miałeś problemów z dostępem do sieci?

Różnie z tym bywało, czasem i przez dwa tygodnie aktualizowałem blog w… zeszycie, a potem spędzałem pół dnia przy komputerze, uzupełniając notatki. Generalnie we wszystkich większych miastach udawało mi się znajdować kawiarenki internetowe, chociaż trafiałem też do „suchych”, gdzie o Internecie mogłem sobie tylko pomarzyć, układając pasjanse…

Dlaczego zakończyłeś podróż w Kongo? Przecież zamierzałeś dojechać do RPA.

Zasiedziałem się w Kinszasie, musiałem wymienić paszport, bo skończyły mi się puste strony. Potem długo czekałem na wizę do Angoli, czekałem, czekałem, aż poznałem Chantall i postanowiłem, że już nigdzie dalej nie jadę.

A gdzie poznałeś Chantall?

W kawiarence internetowej, zająłem jej ulubione miejsce… Popatrzyła na mnie z dezaprobatą, a ja z wrażenia zapomniałem języka w gębie, bo tak mi się spodobała. Pierwsze wrażenie zrobiłem fatalne, Chantall pomyślała, że jestem lekko upośledzony umysłowo, bo nic sensownego nie potrafiłem wydukać. Potem jeszcze kilka razy spotkaliśmy się w tej kawiarence przypadkowo, a później już nieprzypadkowo… Pobraliśmy się, zabrałem Chantall do Polski…

A rower?

Przywiozłem do Irlandii.

Wsiadłeś na niego jeszcze?

Tak, ale podczas pierwszej jazdy pękła śruba w bagażniku…

Kończąc rozmowę z podróżnikiem należy obowiązkowo zapytać o dalsze plany.

Nie czuję się podróżnikiem. Na pewnym forum internetowym, które starałem się śledzić podczas podróży po Afryce, trwała akurat dyskusja na temat tego, co już można nazywać wyprawą, a co jest jeszcze tylko zwykłą wycieczką. Napisałem wtedy, że od kilku miesięcy jadę samotnie na rowerze przez Czarny Ląd, a wciąż czuję się jak na wycieczce. Ja chyba wolę wycieczki od wypraw, bo wycieczek nie trzeba traktować tak śmiertelnie poważnie… (śmiech).

 

Kuba Terakowski

 

Tekst ukazał się w miesięczniku „Rowertour” – www.rowertour.pl – nr 6/2009


Strona główna