WYWIADY

Droga na szczyt - Program Pierwszy Polskiego Radia, 28.07.2016
Od Bałtyku po gór szczyty - "Patos", 4/2010
Niespiesznie przez świat... - "Dworzanin", zima' 2010
Bałtyk krok po kroku... - "Zawód: Architekt", 3/2009
Uzależniony od chodzenia - Poznaj Świat, 2/2008


"Każdemu jego Everest", Ryszard M. Remiszewski, "Tygodnik Podhalański", 4.03.2005.

Rozmowa z KUBĄ TERAKOWSKIM, organizatorem "Marszonów" i "Zimaków"

Kuba Terakowski: - "Marszony" i "Zimaki" są przede wszystkim imprezami towarzyskimi, tutaj nikt nie przegrywa, a wygrywają wszyscy

"Marszony" i "Zimaki" zaliczane są powszechnie do turystyki ekstremalnej, choć Pan uważa inaczej. Dlaczego?
- Istnieją imprezy bardziej ekstremalne od "Marszonów" i "Zimaków". Nam chodzi przede wszystkim o to, aby łączyć pewien wysiłek i wyczyn z imprezą towarzyską, wolną od rywalizacji. Tamte zawierają, jak dla mnie, zbyt duży ładunek rywalizacji - u nas nikt nie przegrywa, a wygrywają wszyscy. Poza tym kładę duży nacisk na to, aby imprezy były bezpieczne dla uczestników.

Przez przeciętnego turystę "Zimak" jest jednak postrzegany jako impreza o większym ryzyku.
- Bo jest to impreza o większym ryzyku. Dlatego zorganizowałem ją na Hali Krupowej, aby mieć zaplecze w postaci schroniska i ratowników GOPR-u, na wypadek, gdyby ktoś z uczestników zaczął w nocy... zamarzać. Rzeczywiście, nie są to takie całkiem niewinne, niedzielne spacerki.

Co skłoniło Pana do propagowania zimowych biwaków w górach?
- Inspiracją było to, że sam kiedyś zasmakowałem w takich biwakach. Wielokrotnie nocowałem w szałasie pod Okrąglicą, kiedyś nawet zdarzyło mi się spędzić noc przed schroniskiem. Pamiętam ten pierwszy raz, jak spałem przy dużym mrozie. Wyciągnąłem ławkę przed schronisko, żeby mieć do niego dwa kroki, na wypadek gdybym zaczął zamarzać. Potem tak mi się to spodobało, że postanowiłem zaproponować biwaki znajomym. I tak doszło do zorganizowania pierwszego "Zimaku" na Luboniu Wielkim. Uczestnicy byli bardzo zadowoleni i - proszę sobie wyobrazić - domagali się następnych! Stąd II "Zimak" pod Okrąglicą. Zima jednak powoli się kończy, na następne imprezy trzeba poczekać do kolejnego sezonu.

Takie imprezy integrują uczestników, nawet dowartościowują - i chyba dają satysfakcję...
- Właśnie tak. Kogo stać na więcej, może wybrać własny Everest. Na pewno nie jest łatwo w nich uczestniczyć, ale też nie jest to wyczyn nieosiągalny. Chodzi o to, żeby mieć świadomość, iż nie musimy wyjeżdżać daleko w wysokie góry, za tysiące dolarów, tylko można przyjść na Halę Krupową lub gdzie indziej w Beskidy, i zobaczyć, jak wygląda taki biwak, odczuć na własnej skórze minus 15 stopni nocą.

Wśród biwakujących pod Okrąglicą nie wszyscy korzystali z namiotów.
- Rzeczywiście, jeden z biwakujących stwierdził, że nie ma ochoty nosić namiotu, bo waży kilka kilogramów. Wziął ze sobą leciutką łopatę i wykopał jamę w miejscu, gdzie było nawiane około dwa metry śniegu. Jama była głęboka, doskonale osłonięta od wiatru. Przykrył ją nartami i kijkami, na to "rusztowanie" położył płachtę biwakowa, przysypał śniegiem, wsunął się do środka i zasnął. Rano okazało się, ze spał najdłużej z nas wszystkich, było mu ciepło i wygodnie, w ogóle się nie zorientował, że nastał dzien. Ja też nie nocowałem pod namiotem, tylko w wiacie pod Okrąglicą. Troszkę wiało. Nie miałem tego komfortu, co śpiący w namiotach lub - jak ten kolega - w śnieżnej jamie.

Ponoc jeden z uczestników "Zimaku" szedł na karplach?
- Tak, to prawda. Szkoda, ze tylko jeden, bo karple, czyli rakiety śnieżne, ogromnie ułatwiają chodzenie po górach. Jest to jednak dość droga przyjemność. Nie tylko szedł na karplach, ale ciągnął za sobą pulki, takie saneczki, jakie miał na przykład Marek Kaminski na Antarktydzie, idealne do transportowania rzeczy w ekstremalnych warunkach. Niestety, miał pecha, ekwipunek odmówił mu posłuszeństwa i nie dotarł do nas. Byliśmy w ciągłym kontakcie telefonicznym; mówił, że jest w dobrej formie i nie potrzebuje pomocy. Zresztą był przygotowany do biwaku, więc nie miało dla niego większego znaczenia, czy z nami, czy samotnie.

A jakie były początki "Marszonow"?
- Pierwszy "Marszon" grupowy odbył się w 2002 roku. Była to impreza otwarta. Zaczęło się od tego, że "Marszony" zaczął organizować sam dla siebie mój przyjaciel Bogdan Kwiatek. Wymyślił też nazwę, pochodzącą od słów marsz i maraton, a równocześnie jakby trochę z języka angielskiego wzięte: marsz-on, czyli gdzieś tam przed siebie. Ideą "Marszonów" jest więc marsz przed siebie, sama droga jest celem. Natomiast, żeby to nie była taką sobie zwykłą wycieczką, jej formuła przewiduje marsz przez całą dobę, bez dłuższych postojów i noclegu.

Nie powie Pan chyba, ze "Marszony" mają tylko walor fizyczny - bo to by je chyba zubożało?
- Dla mnie i większości uczestników mają bardzo ważny wymiar towarzyski. Najważniejsze dla wszystkich jest to, ze spotykają się na nich ludzie, którzy lubią góry i siebie nawzajem, nie przeszkadza im masowy charakter imprezy. Odpowiada im to, że przeżywają coś nie do końca zwyczajnego, nie uczestniczą w imprezach opartych na rywalizacji, a mogą liczyć na siebie. Nie ma tu takich sytuacji, że ktoś mija potrzebujących pomocy, patrzy na zegarek i zmierza do mety, bo każde zatrzymanie może oznaczać przegraną.

"Marszony" i "Zimaki" utożsamiane są z Panem...
- Nie będę fałszywie skromny i powiem, ze bardzo się cieszę. Mam tego świadomość i odpowiada mi to. Zauważam jednak, że "Marszony" mają swoją nieformalną giełdę, gdzie ludzie umawiają się, wymieniają doświadczenia, organizują własne wycieczki w góry. Moje imprezy umożliwiają zawieranie znajomości tym, którzy nie mieli dotąd pojęcia o sobie i nie wiedzieli, że łączy ich tyle.

Czego życzyłby Pan sobie w przyszłości?
- Przede wszystkim tego, aby każda impreza była bezpieczna, a uczestnicy zadowoleni i szczęśliwi - nawet wtedy, gdy wrócą umęczeni i z bąblami na stopach, ale mimo to z ochotą przybędą na następne "Marszony" i "Zimaki".

Rozmawiał: RYSZARD M. REMISZEWSKI


"Orkiestra w Beskidach", Weronika Gurdek, "Na Szlaku", luty' 2005.

Orkiestrowi wolontariusze rokrocznie na początku stycznia, w finałową niedzielę, pojawiają się na ulicach, rynkach i w innych ruchliwych miejscach miast całej Polski. Jak się jednak okazuje, w tym roku można ich było także spotkać w górach. O tym, czym różni się kwestowanie w górach i na jakie dodatkowe poświęcenie narażeni byli zarówno kwestujący, jak ich wspierający Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy turyści opowiada Kuba Terakowski.

Jesteś pomysłodawcą zorganizowania sztabów Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w górach - na Luboniu Wielkim i Hali Krupowej. Skąd taki pomysł?

Pomyślałem, że warto by było wesprzeć WOŚP. Zdecydowanie mocniej mogę ją wesprzeć organizując tutaj sztaby, niż gdzieś w Krakowie, rzucając nawet sporą sumę do skarbonki. Równocześnie nie bardzo chciałem się włączyć w jakiś sztab w Krakowie, ponieważ czasami lubię coś zorganizować sam (śmiech). Wpadłem więc na pomysł, że można by tutaj, na wysokościach zadziałać. Wiedziałem, że nigdy wcześniej w górach nie było sztabu WOŚP.

Czyli sztab na Hali Krupowej jest najwyżej położonym sztabem WOŚP w Polsce?

Tak. Z tym, że chciałbym zaznaczyć - nie chodziło mi o żadną rywalizację. Chciałem zobaczyć, jak to wyjdzie i jeśli okazałoby się, że nie wyszło, to po prostu uznałbym, iż pomysł jest chybiony.

Dlaczego wybór padł na Halę Krupową i Luboń Wielki?

Jestem zaprzyjaźniony z gospodarzami tych dwóch schronisk i stąd Krupowa i stąd Luboń. Ale również dlatego, że gospodarze tych dwóch miejsc, i to nie jest kurtuazja z mojej strony, są bardzo otwarci na takie działania, bardzo życzliwi, serdeczni. Widzą w tym sens, więc to nie tylko kwestia tego, że ich znam.

Czym różni się zbiórka pieniędzy na WOŚP w górach, od znanego wszystkim kwestowania, licytowania itd. w miastach całej Polski?

Różnice są diametralne. W każdym mieście na nizinach, czy w każdej miejscowości na wsi wolontariusz podchodzi do Ciebie, sam się fatyguje, Ty wrzucasz pieniążek i on idzie dalej. Natomiast tutaj, aby wesprzeć WOŚP, trzeba było sobie zadać sporo trudu i przyjść do schroniska, gdzie znajdowały się skarbonki. Poza tym każdy, kto nocował na Hali Krupowej i Luboniu Wielkim w finałowy weekend automatycznie zasilał konto fundacji - połowa dochodu z noclegu przekazywana była na Orkiestrę. Oprócz tego, mieliśmy jeszcze wolontariuszy, którzy kwestowali u podnóża Krupowej i Lubonia.

Przedstaw może plan takiego kwestowania. Tym razem, to od wolontariuszy wymagano trochę wysiłku. Rano, osoby z identyfikatorami Orkiestry, oklejeni serduszkami, pojawili się m.in. w Sidzinie, Zawoi, Rabce, Osielcu, Skawicy...

Było to dosyć utrudnione, ponieważ w większości były to małe miejscowości, w których wcześniej nie było wolontariuszy. Niejednokrotnie mieszkańcy tych miejscowości okazywali zdziwienie, najczęściej pozytywne - "No, wreszcie jesteście", czy "Widziałam was w telewizji...", niemniej jednak nie zawsze byli po prostu przygotowani do zbiórki. Po zakończeniu kwestowania, wolontariusze z wypełnionymi skarbonkami rzeczywiście musieli zadać sobie trochę trudu, by przyjść do schroniska, a w końcu styczeń w górach nie należy do najłatwiejszych pór roku. Akurat tak się złożyło, że pogoda dopisała, ale oczywiście nie było wiadomo, czy tak będzie. W przeciwieństwie do większości sztabów w Polsce, ja nie miałem ludzi przypadkowych, z pospolitego ruszenia. To byli w większości uczestnicy marszonów. Wiedziałem, że mogę im zaufać, że nie zrobią sobie krzywdy.

Trzynasty finał dobiegł końca. Myślę, że można się pokusić o wstępne podsumowania. Uważasz, że pomysł Orkiestry w górach jest trafiony?

Tak, jak najbardziej tak. Wynik przekroczył moje najśmielsze oczekiwania. Nie spodziewałem się, że uda się nam zebrać taką kwotę, to jest naprawdę imponujące. Z tym, że to nie wynik jest najważniejszy, liczy się przecież każdy pieniądz. Oczywiście bardzo się z tego cieszę, jak również z ogromnego zaangażowania wolontariuszy, turystów - gości schronisk na Krupowej i Luboniu. Bardzo pomogli Ci, którzy dzień wcześniej zjechali się na Halę samochodami terenowymi. Udały się także licytacje. Jak się okazuje, górscy wolontariusze wcale nie wypadli gorzej od wolontariuszy kwestujących w miastach. Wstępne szacunki mówią, że w skarbonce było średnio 300 zł, więc nie odbiegamy od tej średniej, a nawet jesteśmy lepsi. Rekordowa skarbonka zawierała ponad 1200 zł! Jednak ponownie chciałbym zaznaczyć, że nie chodzi o żadną rywalizację. Jedna miejscowość jest większa, jest więcej mieszkańców, gdzie indziej jest mniej. Liczy się każda kwota wrzucona do skarbonki.

Skoro pomysł się udał, myślisz, że można go powtórzyć?

Myślę, że tak. Zwłaszcza - mam nadzieję, że się nie rozczaruję - może być o tyle lepiej, że będzie więcej wolontariuszy...

Przed nami dwa marszony...

Oby pogoda również dopisała...

Akcja mająca na celu wesprzeć Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy połączyła ludzi dobrej woli, preferujących równocześnie zimową scenerię górskich szlaków. W sumie poprzez wolontariuszy i licytacje na Hali Krupowej i Luboniu Wielkim uzbieraliśmy 10216.48 zł! To rzeczywiście wynik, którego nikt się nie spodziewał. Kwestowało 32 wolontariuszy-turystów w 14 miejscowościach. W finałową niedzielę w schronisku na Krupowej gości bawiła ludowa kapela "Skalni" z Zubrzycy, na Luboniu natomiast gościem specjalnym był Mariusz Zaród - naczelnik Grupy Podhalańskiej GOPR. Pomysłodawca akcji - Kuba Terakowski, gospodarze schronisk jak i sami wolontariusze wyrazili gotowość do podjęcia podobnej akcji za rok. Nie pozostaje więc nic innego jak zaprosić Was już dziś do włączenia w to wspaniałe przedsięwzięcie.

Rozmawiała: WERONIKA GURDEK


"Marszon, czyli 70 km na piechotę", Tomasz Kukuła, "Dziennik Polski", 22.05.2004

Kuba Terakowski to postać znana wśród tych którzy cenią aktywny wypoczynek. Miłośnik gór i podróży, propagator turystyki. Był na wszystkich kontynentach, wszedł na Kilimandżaro, pływał po Wielkiej Rafie Koralowej. Od 2 lat organizuje marszony po Beskidzie.

- W ciągu kilku lat odwiedziłeś wiele niezwykłych miejsc na świecie. Co skłoniło Cię do tego by skupić się na zwiedzaniu Polski?
W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że lepiej znam niektóre bardzo odległe miejsca, niż Polskę. Stąd pomysł przejścia kraju ze Szczecina do Krakowa oraz marsz wokół Krakowa.

- A czemu na piechotę?
Bo to tak naprawdę jedyne naturalne tempo dla człowieka. Przemieszczając się rowerem - o samochodzie nie wspominając - zauważa się mniej, niż idąc. Co bynajmniej nie oznacza, iż jestem wrogiem rowerów, czy - rozsądnie używanych - samochodów. Przed laty jeździłem na dwóch kółkach z Krakowa do Zakopanego, Stany Zjednoczone przejechałem autem, a Australię - autobusem.

- "Marszon" - tego słowa nie ma w słowniku. Czym więc on jest?
Jest to impreza autorska Bogdana Kwiatka (krakowski globtroter, autor książek podróżniczych - przyp. autora) i moja. Jesteśmy autorami zarówno terminu "marszon", jak i jego koncepcji. Słowo marszon łączy pojęcia maratonu i marszu. Jest to po prostu marsz na długim dystansie. Najważniejsza w marszonie jest droga, najważniejsze jest wędrowanie. Aby jednak marszon nie miał znamion zwykłego spaceru lub wycieczki, musi trwać odpowiednio długo - przynajmniej dobę. Po drodze można oczywiście odpoczywać, lecz dłuższych przerw nie ma.

- Kiedy odbył się pierwszy marszon?
Na pierwszy marszon wyruszyłem samotnie jesienią roku 2001. Przeszedłem wtedy 102 km, okrążając Kraków wzdłuż granic administracyjnych miasta. Marszon ten trwał 23 godziny i 50 minut. Potem zorganizowałem cztery marszony, w których szli moi znajomi. Trasa pierwszego grupowego marszonu wiodła z Krakowa do schroniska na Hali Krupowej, następny prowadził z Krakowa do schroniska na Luboniu Wielkim. Kolejny połączył te dwa schroniska, wiódł bowiem z Lubonia - przez Babią Górę(wschód słońca), na Halę Krupową, a czwarty prowadził z Turbacza na Halę Krupową. Przeciętna długość trasy wynosiła ponad 70 km, a w każdej z imprez uczestniczyło około 50 osób.

- Czy marszon jest imprezą wyczynową?
Nie. Marszon to impreza towarzyska, pozbawiona wszelkich elementów rywalizacji. W marszonie nie ma wygrywających, a zwyciężyć (lub przegrać) można tylko z samym sobą. Harmonogram marszonu dostosowany jest do upodobań i możliwości osób lubiących umiarkowane tempo marszu.

- Czy to prawda, że w marszonie biorą udział ludzie z całej Polski?
To prawda. Byli już ludzie ze Śląska, z Łodzi, z Wielkopolski, nawet z Gdańska. Uczestnicy mają od kilkunastu do ok. 70 lat. Oprócz stałych bywalców, za każdym razem zgłaszają się też nowi.

- Czy jest to popularna impreza?
Myślę, że tak. O rosnącej popularności świadczy fakt, że listę uczestników (ilość miejsc ze względów organizacyjnych jest ograniczona) piątego marszonu zmuszony byłem zamknąć po dwóch dniach od przyjęcia pierwszego zgłoszenia.

- W tym roku marszon odbędzie się 4 i 5 czerwca...
Tym razem trasa prowadzi przez Beskid Wyspowy z Lubogoszczy na Luboń Wielki i liczy blisko 60 kilometrów. Zaczynamy o godz. 20 pod Lubogoszczą, potem pójdziemy przez Śnieżnicę, Ćwilin, Mogielicę, Jasień, Mszanę Dolną, by 5 czerwca ok. godz.21 dojść na Luboń Wielki.

Rozmawiał TOMASZ KUKUŁA


"7 kontynentów w 7 lat", Tomasz Kukuła, "Margines Społeczny", luty/marzec 2004.

Kuba Terakowski to postać znana wśród outdoorowców. Miłośnik gór i podróży, propagator turystyki, organizator marszonów.
Korzystając z okazji postanowiłem zapytać Go o Jego pogląd na turystykę, plany na przyszłość i perspektywy polskiego outdooru. Oto treść naszej rozmowy.


Cieszę się, że zgodziłeś się na spotkanie. Muszę się pochwalić, że szkoła do której chodzę czyli ZSŁ w Krakowie jest pierwszą w Polsce z samodzielnym oddziałem PTTK.
Wydaje się, że dawniej młodzież bardziej niż obecnie lubiła włóczęgę po górach czy ogólnie - turystykę. W dobie Internetu i podróży wirtualnych niewielu młodych decyduje się na niewygody z tym związane, a nawet wycieczki rowerowe. Co można zrobić by się to zmieniło?

Może nie jest aż tak źle. Bo gdyby rzeczywiście - jak powiedziałeś - niewielu młodych decydowało się na trudy górskich wędrówek, to nie miałbym kłopotu z nadmiarem zgłoszeń udziału w marszonach.

No właśnie - czym jest marszon?
To impreza autorska Bogdana Kwiatka i moja. Jesteśmy autorami zarówno terminu "marszon", jak i jego koncepcji. Słowo marszon łączy pojęcia maratonu i marszu. Czyli jest to po prostu marsz na długim dystansie. Najważniejsza w marszonie jest droga, najważniejsze jest samo wędrowanie. Przy czym, aby marszon nie miał znamion zwykłego spaceru lub wycieczki, musi trwać odpowiednio długo - czyli przynajmniej dobę. Po drodze można oczywiscie odpoczywać, lecz dłuższych przerw nie ma. Na pierwszy marszon wyruszyłem samotnie jesienią roku 2001. Przeszedłem wtedy 102 km, okrążając Kraków wzdłuż granic administracyjnych miasta. Marszon ten trwał 23 godziny i 50 minut. Potem zorganizowałem cztery marszony, do udziału w których zaprosiłem znajomych - również Ciebie. Trasa pierwszego grupowego marszonu wiodła z Krakowa do schroniska na Hali Krupowej, następny prowadził z Krakowa do schroniska na Luboniu Wielkim. Kolejny marszon połączył te dwa schroniska, wiódł bowiem z Lubonia - przez wschód słońca na Babiej Górze, na Halę Krupową, a czwarty prowadził tam z Turbacza. Przeciętna długość trasy tych marszonów to ponad 70 km, a w każdej z imprez uczestniczyło około 50 osób.
Bardzo ważny jest fakt, ze marszon to impreza towarzyska, pozbawiona wszelkich elementów rywalizacji. W marszonie nie ma wygrywających, a zwycieżyć (lub przegrać) można tylko z samym sobą. Harmonogram marszonu dostosowany jest do upodobań i możliwości osób preferujących umiarkowane tempo marszu.

Podobno jesteś drugim Krakusem, który odwiedził wszystkie kontynenty?
Owszem, byłem na wszystkich kontynentach. Dwukrotnie na Antarktydzie - jako uczestnik Wyprawy Polarnej Polskiej Akademii Nauk oraz turystycznie - na zaproszenie holenderskiej agencji specjalizującej się w wycieczkach polarnych. Dwukrotnie byłem też w Ameryce Poludniowej, lecz tam niestety tylko po drodze na Antarktydę. Zatem zaledwie kilka dni udało mi sie spędzić na Ziemi Ognistej, w Patagonii, Rio de Janeiro i Buenos Aires. W Ameryce Północnej przejechałem 15.000 km, odwiedzając 19 parków narodowych, w tym m.in. Wielki Kanion Kolorado, Yellowstone, Yosemity. W Afryce byłem na Kilimandżaro i w rezerwacie Masai Mara. W Australii wszedłem na szczyt Góry Kościuszki, byłem też na Ayers Rock oraz na Wielkiej Rafie Koralowej. W Azji zorganizowałem trekking do bazy pod Everestem, spływałem też pontonem po rzece Trisuli. W Europie przeszedłem część słynnego szkockiego szlaku West Highland Way, byłem także w Alpach Szwajcarskich.

"Tylko kilka dni w Brazylii i na Ziemi Ognistej" - wiesz jak to brzmi? Tym którzy uwielbiają aktywny wypoczynek /czyli outdoorowcom/ - młodymi i nie tylko, imponują Twoje osiągnięcia. Z tego co się orientuję, to udało Ci się tego dokonać w ciągu zaledwie 15 lat.
Zaledwie? 15 lat to mnóstwo czasu! Aliści skompletowanie "kolekcji" kontynentów zajęło mi nie 15, lecz 7 lat. Taki zresztą był mój pomysł: "7 kontynentów w 7 lat".

Nie zapomniałeś też o Polsce. Przyszedłeś na piechotę ze Szczecina do Krakowa /650 km/, po za tym marszon dookoła Krakowa, 4 marszony grupowe i ponad 60 indywidualnych wycieczek na Halę Krupową.
W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że lepiej znam niektóre bardzo odległe miejsca, niż Polskę. Stąd pomysł przejścia kraju ze Szczecina do Krakowa, tudzież poznania własnych okolic podczas marszonu wokół Krakowa. A czemu na piechotę? Bo to tak naprawdę jedyne naturalne tempo dla człowieka. Przemieszczając się rowerem (o samochodzie nie wspominając), zauważa się mniej, niż idąc. Co bynajmniej nie oznacza, iż jestem wrogiem rowerów, czy (rozsądnie używanych) samochodów. Przed laty jeździłem na dwóch kółkach z Krakowa do Zakopanego (nie była to jeszcze epoka rowerów górskich z dobrymi przerzutkami), Stany Zjednoczone przejechałem autem, a Australię - autobusem.

Wiem, że pracujesz dla Tatrzańskiego Parku Narodowego. Na czym to polega?
Od dziesięciu lat pracuję w Tatrach jako sezonowy strażnik, wolontariusz. To funkcja zbliżona do tej, jaką pełnią rangersi w parkach narodowych USA. Czyli jestem równocześnie po trosze przewodnikiem, przyrodnikiem, policjantem i ratownikiem.

Parę zdań o naszych górach i polskich turystach?
Lubię nasze góry, lubię turystów. Natomiast letnia plaga "szarańczy" w Tatrach jest nie tylko przerażająca, lecz przede wszystkim szkodliwa. Dzikie tłumy, dzikie ścieżki, dzikie toalety, dzikie ryki, a do tego tony śmieci. Często zastanawiam się dlaczego butelka pełna "coli" waży w plecaku mniej, niż ta sama butelka już opróżniona. I w efekcie ta pusta butelka ląduje w kosodrzewinie. Czy to naprawdę taki problem zabrać swoje odpadki ze sobą? Cóż, to niestety kwestia edukacji ekologicznej i kultury osobistej - a z tym jesteśmy "na bakier".

Gdzie chciałbyś się jeszcze wybrać?
Od dawna intryguje mnie Islandia.

Czego na koniec rozmowy życzyć Globtroterowi?
Spełnienia rozsądnych marzeń. Tego samego życzę też Tobie i Twoim Czytelnikom.

Dziękuję.

Rozmawiał TOMASZ KUKUŁA
Powrót na stronę główną